close
PORYWAJĄCE „LA LA LAND” DAMIENA CHAZELLE – CZY I TY DASZ SIĘ PORWAĆ EMOCJOM? (RECENZJA)

PORYWAJĄCE „LA LA LAND” DAMIENA CHAZELLE – CZY I TY DASZ SIĘ PORWAĆ EMOCJOM? (RECENZJA)

film_12302_original_1Damien Chazelle już na dzień dzisiejszy może pochwalić się niezliczoną ilością nagród zarówno za najnowszy film „La La Land” jak i „Whiplash” z 2014 roku. A wyraźnie trzeba zaznaczyć, że jest to początek jego pracy reżyserskiej, bowiem rozpoczął ją w 2009 roku musicalową produkcją „Guy and Madeline on a Park Bench”, która w przeciwieństwie do dwóch wyżej wymienionych perełek jest mało znana. Jak widać Chazelle najbardziej interesują rejony muzyczne, gdyż w każdym swoim dziele nie omieszka nam o nich przypomnieć. I choć musicale są gatunkiem wymierającym, miejmy nadzieję, że ten zaledwie 31-letni reżyser zadba, by do ich śmierci nie dopuścić.

Trudno się do czegoś w tym filmie przyczepić. Nie bez powodu zgarnął on aż siedem Złotych Globów, zarówno za najlepszą reżyserię, scenariusz, muzykę i piosenkę („City of Stars”), jak i najlepszą komedię lub musical oraz najlepszego aktora i aktorkę . Karkołomnym byłoby usilne doszukiwanie się w nim minusów, bo o ile scenariusz do „La La Land” bardziej wymagającemu widzowi może wydawać się zbyt bajkowy i mało oryginalny, tak w tym rządzącym się swoimi prawami gatunku przyjął on formę idealną. Reaktywacja klasycznego musicalu okazała się strzałą w dziesiątkę. Nie tylko uaktualniła ten zapomniany już gatunek, ale i udowodniła, że żeby stworzyć dzieło nie zawsze trzeba wyszukiwać nowych struktur – czasem wystarczy po prostu sięgnąć do korzeni.

Fabuła „La La Land” może i nie jest zbyt odkrywcza, wszak z takimi historiami o miłości natykamy się w wielu filmach, ale akurat w tym porywa bez reszty. Mia (w tej roli Emma Stone) już od jakiegoś czasu mieszka w Hollywood i pracuje jako kelnerka, ale nieustannie marzy o zostaniu aktorką i próbuje swoich sił w każdym castingu, niestety bezskutecznie. Sebastian natomiast (Ryan Gosling), miłośnik jazzu i jednocześnie uzdolniony muzyk, zajmuje się graniem do kotleta w podrzędnym barze, co nie jest szczytem jego aspiracji. Oboje wierzą, że przyjdzie dzień w którym będą mogli robić to, co naprawdę kochają. Te marzenia i wiara w ich spełnienie są łącznikiem między bohaterami i mocno fundamentują rodzące się w nich uczucia. Pytanie tylko, czy te fundamenty będą wystarczające w podtrzymaniu ich relacji na dobre i na złe? Czy po wspieraniu się w niezliczonych niepowodzeniach, będą potrafili dzielić się ze sobą również sukcesami? Mia i Sebastian udowadniają, że łatwiej jest być ze sobą w trudnych chwilach, a szczególnie, gdy to pasmo niepowodzeń dotyka w równej mierze oboje partnerów. Co natomiast dzieje się z miłością, gdy zaczynamy odnosić sukcesy, a wszystko idzie po naszej myśli? Czy sława i uznanie powodują, że o niej zapominamy? Na te pytania w sposób ciekawy i jednocześnie wywołujący smutek, odpowiada nam końcowa scena filmu Damiena Chazelle.

„La La Land” kipi od nawiązań, co możemy przyjąć za swoisty hołd, jaki Chazelle składa kinu. I to nie tylko muzycznemu. Już pierwsza scena, w której stojący w korku drogowym kierowcy wychodzą ze swoich samochodów i zaczynają tańczyć, przywodzi nam na myśl klasykę, aczkolwiek unowocześnioną i po mistrzowsku dopracowaną. Niesamowity widok ponad setki skaczących po pojazdach statystów i to w dodatku na przestrzeni kilkukilometrowego korka, wprawia w zachwyt. A przecież to dopiero początek. Emma Stone i Ryan Gosling tańczą rewelacyjnie, i choć w niektórych momentach można zauważyć niedociągnięcia, zupełnie nam to nie przeszkadza. Ich taniec niekiedy przywodzi na myśl stepowanie Freda Astaire’a i Ginger Rogers w „Panach w cylindrach”, innym zaś razem Gene Kelly’ego i Debbie Reynolds w „Deszczowej piosence”. „La La Land” śmiało można porównać do starszej, bestsellerowej produkcji kina musicalowego. Mimo, że Chazelle nie zastosował tu żadnych nowych chwytów choreograficznych, oszołomienie uroczą parą bohaterów, ich śpiewem i tańcem, w zupełności wystarcza, by tę powtórkę z klasyki przyjąć z gromkimi brawami. Patrząc na przedstawiony tu baśniowy Hollywood, a szczególnie jego feeryczną scenografią, przypominają nam się niesztampowe „Parasolki z Cherbourga” z 1964 roku. Zresztą Chazelle na każdym kroku daje nam sygnały odsyłające do innych filmów. W pokoju Mii wisi ogromny plakat Ingrid Bergman, a kawiarnia w której pracuje znajduje się naprzeciwko słynnego okna z Casablanki. W jednej scenie można tu również dostrzec ikoniczną już postać surowego nauczyciela Fletchera z „Whiplasha” (J.K. Simmons) – chyba każdy na jego widok uśmiechał się od ucha do ucha.

Muzyka skomponowana przez Justina Hurwitza (współpracującego z Damienem od czasów „Whiplasha”) zasługuje na takie samo uznanie jak scenografia czy choreografia. Już po kilku usłyszanych nutach zakochujemy się w „City of Stars”. A że piosenka ta jest muzycznym motywem przewodnim filmu i słyszymy ją minimum kilka razy, po wyjściu z kina dalej gra nam w uszach i nie daje spokoju przez najbliższe nie tylko dni, ale i tygodnie. Bałwochwalczą miłością obdarzony jest tu jazz, szczególnie przez filmowego Sebastiana, który robi wszystko, by ten muzyczny gatunek nie wymarł. Zdawać by się mogło, że do tej swingowej muzyki słabość ma również sam Chazelle, co potwierdzałaby tematyka „Whiplasha”. Nie bez powodu stworzył już drugi film poruszający się w tym kręgu muzycznym.  I za to także powinniśmy być mu wdzięczni. W końcu padające z ust Sebastiana słowa dotyczące jazzu trafiają do serca i rozpalają w nas chęć głębszego poznania tego gatunku. O to chyba reżyserowi chodziło .

Główni aktorzy dobrani zostali doskonale. Maślane oczy Emmy Stone i flirciarski uśmieszek przystojnego, acz w filmie dość nieśmiałego Ryana Goslinga, zdają się być dla siebie przeznaczone. Oboje rozśmieszają nas do łez, ale i potrafią zbudować nastrojowy klimat, w którym wraz z nimi odlatujemy w miłosne przestrzenie. I choć tańczą znakomicie, tego samego niestety nie można powiedzieć o śpiewie. Urokliwa Emma Stone oczywiście daje radę, gorzej jednak z Goslingiem. Ale uwierzcie! To się tutaj naprawdę nie liczy! Tak pod każdym względem perfekcyjnie zrealizowanego filmu już od dawna nie było. I niewielkie niedociągnięcia Goslinga w żaden sposób nie mogą zmienić mojej oceny tej produkcji.

„La La Land” na pewno przejdzie do historii kina – w końcu żaden film od dłuższego czasu nie cieszył się aż takim triumfem. W 1976 roku „Lot nad kukułczym gniazdem” Milosa Formana zdobył pięć Złotych Globów, a w 1979 „Midnight Express” Alana Parkera sześć. Wychodzi więc na to, że „La La Land” pobiło rekord. Damienie Chazelle – czekamy na kolejne dzieła!

 

Autorka recenzji: Diana Kaczor

 

Tytuł: La La Land

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Damien Chazelle

Produkcja: USA

Premiera: 20 stycznia 2017 (Polska), 31 sierpnia 2016 (świat)

 

„Bezkres magii” Brandona Sandersona już w sprzedaży

„Nawyk osiągania” – Bernard Roth (recenzja)

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij