close
Noce Waniliowych Myszy – 6. SZEHEREZJADA, CZYLI BAŚŃ Z JEDNEJ NOCY [RECENZJA]

Noce Waniliowych Myszy – 6. SZEHEREZJADA, CZYLI BAŚŃ Z JEDNEJ NOCY [RECENZJA]

Noce Waniliowych Myszy - Szeherezjada
Fot. Teatr Barakah

Szeherezada to półlegendarna postać, główna bohaterka słynnej Księgi Tysiąca i Jednej Nocy, która, jak wiadomo, nie chciała podzielić losu pozostałych żon okrutnego sułtana i postanowiła zagadać go, by dotrzymać poranka. Wyszło raz, drugi, trzeci, udało się i tysiąc pierwszy raz. Tak było w Bagdadzie, w oryginale, a jak wyglądała ta magiczna noc opowieści w Krakowie, na Paulińskiej 28?

Noce Waniliowych Myszy to cykl spektakli teatralnych, funkcjonujących na zasadach pewnego zamkniętego zbioru, jednak (zgodnie z deklaracjami twórców) można poszczególne „części” oglądać w autonomiczny sposób, czuję się więc rozgrzeszony, gdyż widziałem tylko odcinek szósty. Zasięgnąłem jednak języka w sprawie całej serii i ustaliłem, że „Noce…” to przedstawienia, które z założenia mają dryfować między różnymi formami inscenizacyjnymi, by ostatecznie zacumować w bezpiecznym porcie kabaretu mówiono-śpiewanego … lub utknąć na mieliznach tegoż kabaretu – jak w przypadku przedostatniej odsłony, czyli „Szeherezjady” właśnie. Spieszę z tłumaczeniem, skąd takie wnioski.

Piwniczna sala zapełniła się gwałtownie i skutecznie – część widowni musiała usiąść na dostawionych krzesłach… potem kolejnych… i nowych, aż w końcu główną rolę, w jeszcze nie rozpoczętym spektaklu, zagrała wentylacja, za którą wszyscy w małym i przepełnionym pomieszczeniu byli wdzięczni, że jest. Frekwencję wziąłem za dobrą monetę i poprawiłem się na mojej koślawej dostawce, by wygodniej partycypować w sztuce.

Główną osią przedstawienia była opowieść o polskiej turystce, która została napadnięta przez bojownika Państwa Islamskiego. Postanawia ona, zgodnie z pierwowzorem, zagadać krwiożerczego Dżihadystę i zawalczyć w ten sposób o życie. Opowieści nie były fantastyczne, a z życia wzięte, przyprószone jednak błyszczącym pyłem absurdu. Warto tu wspomnieć o odtwórcy roli Terrorysty, czyli Karolu Śmiałku – dostał on zadanie niełatwe, gdyż wcielał się również w postać występującą w snutych opowieściach. Musiał on płynnie przechodzić między jednym „anturażem” a drugim, co ustawiane było na slapstikowych cięciach, „zamrożeniach akcji” i potęgowało efekt komiczny o tyle, że przejścia te były drastyczne – z prymitywnego, okrutnego bojownika o supremacje Allaha przeistaczał się w gapowatego, nieszczęśliwie zakochanego właściciela rodzinnego przedsiębiorstwa Trzepol, zajmującego się trzepaniem. Dywanów, oczywiście.

Najważniejszą z „baśni” była historia rodziny, której głową, szyją i karzącą ręką był niejaki KKK – i jak sam tłumaczył, skrót ten nie rozwija się jako Katechizm Kościoła Katolickiego, ani Ku Klux Klan, a Krakowski Król Kebabów, gdyż jegomość ów był Arabem mieszkającym w królewskim stołecznym mieście. Persona istotna i społecznie pożyteczna – wszak włada on niepodzielnie podniebieniami całych zastępów głodnych imprezowiczów, zaprowadzonych przez pokrętne ścieżki melanżu do budki z kebabem. Niemniej – kolejna rola i kolejna mocna strona spektaklu, który cały, pod względem wykonawstwa, stał na wysokim, równym poziomie – Dariusz Starczewski na scenie był charyzmatyczny, wiarygodny i w sposób nienachalny przyciągał uwagę. Postać, którą wykreował, w obyciu była szorstka, patriarchalna (jak na praworządnego Araba przystało) i dogłębnie… sfrustrowana, ponieważ Allah wystawił go na próbę, zsyłając mu wokół kobiety zupełnie wyzwolone – jak jego szwagierka – lub dopiero wyzwalające się – jak jego żona.

Ok, skoro ciekawy pierwowzór został w miarę ciekawie uwspółcześniony, aktorsko było dobrze, to co było źle? W mojej ocenie błędy popełniono na samym początku pracy nad spektaklem, już na poziomie założeń inscenizacyjnych – realizatorzy zdali się dramaturgię przedstawienia pozostawić w rozkroku pomiędzy kabaretem w starym stylu (z piosenkami, satyrą i zjadliwym humorem) a rubasznym żartem rodem ze współczesnych nocy kabaretowych (w najgorszym znaczeniu). Albo robimy rechot albo artystyczny chichot, inaczej wyjdzie bigos z dżemem. Trudno stwierdzić inaczej, jeśli dobremu śpiewaniu i ładnym piosenkom towarzyszy nadmiernie eksploatowany żart o trzepaniu (dywanów, he-he), terrorysta grożący prostownicą, plus Jan III Sobieski (tak, ten co pobił Turka pod Wiedniem) zwierzający się, że te wyprawy wojenne to był tylko pretekst, by „poszaleć” w delegacji. I jeden i drugi humor może śmieszyć, ale pomieszanie tych rejestrów sprawiło, że przedstawienie stało się nierówne, nieznośnie kakofoniczne i męczące. Na marginesie – osobiście lubię humor czerstwy i marny, ale momentami sam czułem się przytłoczony serwowanymi żarcikami, co łatwo sobie wyobrazić, skoro zacytowane trzepanie (dy-wa-nów! He!) było wśród tego wszystkiego jeszcze w miarę śmieszne.

Uwierała mnie też łopatologiczny sposób podania przesłania dzieła. Najważniejsze wartości to: Tolerancja, akceptacja i egalitaryzm. Ja powtórzę, jeśli komuś umknęło – TOLERANCJA, AKCEPTACJA I EGALITARYZM… Mniej więcej takimi żarówami waliły po oczach widzów wszystkie sekundy składające się na to półtoragodzinne przedstawienie. Ja wiem, że teatr chce i musi nadążać, komentować, służyć i objaśniać świat. Wszystko to tak, jednak każdy co bardziej świadomy słuchacz został ze sceny po prostu obrażony presuponowanym oskarżeniem o głupotę – nie było tutaj miejsca na osobistą ocenę rzeczywistości, czy Polacy (na domiar złego Polacy-Katolicy) to taki faktycznie ciemny i ksenofobiczny szczep (bo o tym głównie była mowa), czy jednak może to nie jest takie wszystko proste. Nie. Bardzo szybko sceniczna satyra została przekuta w ciężki młot, którym autorzy przedstawienia postanowili walić po głowach wszystkich niedouczonych mieszkańców naszego zaścianka, a czynili to z wręcz kaznodziejską pewnością, że moje – jest najmojsze. Szczytem agitacji był bezpośredni komunikat, wygłoszony przez aktorkę (niemal pół-prywatnie, na zasadzie przerwy w grze) w którym zacytowała stanowisko Kościoła Katolickiego w sprawie stosunku wierzącego, do przedstawicieli innych wyznań i ras, w skrócie – tolerancja, akceptacja i… wiadomo.

Warto jednak się przejść. Rzecz jest sprawnie wykonana, stoi na bardzo dobrym poziomie muzycznym i nie bez powodu cieszy się powodzeniem wśród krakowskiej publiczności. Polecam, ponieważ na scenie pojawiają się naprawdę zręczni aktorzy i dobre aktorki, których dyspozycja i umiejętności sprawiają, że inscenizacja jest znośna i, uzbroiwszy się w odpowiednie nastawienie, godna polecenia.

Autorzy: Dawid Barański, Amadou Guindo, Grzegorz Like
Reżyseria: Ana Nowicka
Obsada: Lidia Bogaczówna, Monika Kufel, Roskana Lewak, Ana Nowicka, Krzysztof Bochenek, Bartosz Buława, Dariusz Starczewski, Karol Śmiałek
Muzyka: Renata Przemyk
Wykonanie i opracowanie muzyczne: Magda Brudzińska – altówka, śpiew, darabuka, Jacek Kopiec – akordeon, instrumenty perkusyjne, Piotr Południak – kontrabas, Mateusz Krystian – piano,
Scenografia: Monika Kufel
Multimedia: Popesz Lange
Choreografia: Jan Lorys

Data premiery: 18 IV 2016
Czas trwania: 80 min.

Autor recenzji: Jarek Kuśmierski
Obejrzane dzięki uprzejmości: Teatru Barakah

„Książka telefoniczna” w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej (recenzja)

„JA, OLGA HEPNAROVA”, CZYLI STUDIUM MROCZNEJ PSYCHIKI (RECENZJA)

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij