close
„Szatan kazał tańczyć”, a kiwi kiwi kiwi czyli o tym, jak Rosłaniec zrobiła wielkiego snapa (RECENZJA)

„Szatan kazał tańczyć”, a kiwi kiwi kiwi czyli o tym, jak Rosłaniec zrobiła wielkiego snapa (RECENZJA)

Millenialsi obejrzą i zrozumieją, pokolenie JPII tylko pokiwa głową, a plemię PRLu zapieje z przerażenia i głupoty jaką zgotowała nam Katarzyna Rosłaniec w jej najnowszym filmie „Szatan kazał tańczyć.” Po sukcesie „Galerianek” i wątpliwościach wokół specyficznego „Bejbi blues” pojawiła się z nowym projektem, który nie wiedzieć czemu został wypuszczony ze stajni wprost do sal kinowych w całej Polsce. Ciśnie się na usta kultowe pytanie z internetowej sondy: „A na co to komu? A komu to potrzebne?” Kto pozwolił, aby przez 137 minut człowiek oglądał kolorowy kwadrat, który jako taśmę filmową w 85% zużyto na cycki, dragi i seks. Czy to jest jeszcze sztuka czy wyraz artystycznej rozpaczy i niemocy artystki? A może wołanie o rozgłos, bo ucichły już echa poprzednich filmów?

Karolina (Magdalena Berus), główna bohaterka tej sklejki. Nazwana pisarką, bo stworzyła powieść na miarę uwspółcześnionej „Lolity” i teraz podróżuje po całym świecie obracając się w towarzystwie pijanych fotografów lub naćpanych muzyków. Jej siostra Matylda (Hanna Koczewska) żyje w poczuciu, że jest tą „mniej zdolną” i mniej rozgarniętą siostrą, więc próbuje zwrócić na siebie uwagę matki i Karoliny. Rodzicielka (Danuta Stenka) nie radzi sobie z przemijaniem i uczucia wylewa kolejno na swoje białe pieski, Karolinę i białe pieski. Ojciec (Jacek Poniedziałek) jest tutaj chyba przypadkiem, a jego rola sprowadza się do nagrodzenia obu córek obiecaną stówą.

Rosłaniec zrobiła publiczności psikusa składając, a w zasadzie dzieląc film na kilkadziesiąt części. Zaprosiła nas do skonstruowania według własnego widzimisię świata Karoliny, do ułożenia porozrzucanych puzzli i sklejenia tego w całość tak, by dało się oglądać. Wybacz Kasiu, ale to razi. To cholernie przeszkadza, a odbiór filmu tylko na środkowej części ekranu, gdzie pozostała zostaje niewykorzystana, te krótkie, intensywne migawki z życia Karoliny upaprane seksem i narkotykami stają się po 15 minutach po prostu niesmaczne. Czy taki jest świat współczesnych dwudziestokilkulatków? Czy to nasze (moje również) pokolenie 89? Czy tak jesteśmy postrzegani w Polsce, a nawet na świecie? Czy wstawka o „katolickiej Polsce” w chińskiej telewizji, w której pojawia się nasza bohaterka nie jest za bardzo naciągana? Jest. Jak cały ten film. Dostajemy strzępy fabuły, do której gdyby podejść profesjonalnie – to można by było z niej wykrzesać dobry materiał. Mam wrażenie, że jestem na kiepskiej imprezie i żeby się coś „kleiło” to muszę się napić i naćpać, bo wtedy świat jest kolorowy i wszyscy mnie lubią. A może ten cały szoking, którego doświadczyłam miał mnie skłonić do głębszych refleksji na temat bezmyślnego konsumpcjonizmu i uzależnienia się od internetu? Od kreowania siebie w postach na facebooku, w zdjęciach na Instagramie, w snapach na snapchacie. Może ten ważny temat jakim jest bunt pokolenia 89 można pokazać tylko w taki sposób? Opierając się na stereotypach, że millenialsi żyją szybko i chcą doświadczać bardziej, więcej, głębiej? Czy ludzie urodzeni po tym przełomowym roku są faktycznie pozbawieni moralności i zasługują na takie traktowanie w mediach? Czy tego pędu, tej chęci do poznania świata wszystkimi zmysłami nie można był pokazać inaczej, tylko przez pryzmat chorej na serce Karoliny, która żyje z minuty na minutę i ma gdzieś z kim będzie za miesiąc, dwa, trzy? Dziewczyna irytuje na ekranie do tego stopnia, że ma się ochotę po prostu wyjść z kina.

Rosłaniec zamiast przyjrzeć się problemom tych, którzy nie chcą wchodzić w dorosłość i przyspieszyć swoje życie zawodowe, postanowiła tylko powielić schemat i wsadzić wszystkich do jednego worka zwanego „instamotłoch”. Mało tego, w filmie co rusz słyszymy odwołania do magicznego „pokolenia 27”, tak jakby miało to zbliżyć reżyserkę do czerwonego dywanu w Cannes czy dać przepustkę do Oscara. Miało wyjść niestandardowo i nowatorsko, a wyszło niesmacznie i patchworkowo. Powtarzalne sekwencje nudzą i nie wnoszą nic nowego do dyskusji o dorastaniu. Reżyserka jak na tacy podaje nam przepis na zniszczenie: napisz książkę, ćpaj, pij, zmieniaj partnerów, a potem miej pretensje, że Cię nikt nie kocha.

Podobno teraz widzowie będą mogli sami się przekonać czy dadzą radę być reżyserami, bo Rosłaniec zapowiedziała aplikację na smartfony z możliwością złożenia scen z życia Karoliny w kolejności jakiej się tylko zapragnie. Będziemy mogli sterować losem za pomocą swojego palca. Wow. Tylko czy tego nie robimy właśnie od kilku lat?

P.S. dziękuję za nieśmiertelne dźwięki „Luccioli” oraz „Papierowego księżyca”.


Autor recenzji: Karolina Futyma

Tytuł: „Szatan kazał tańczyć”

Scenariusz: Katarzyna Rosłaniec

Reżyseria: Katarzyna Rosłaniec

Data premiery: 05.05.2017

Obejrzane dzięki uprzejmości: Cinema City Galeria Kazimierz

Karolina Futyma

Karolina Futyma

"Zatracić siebie,nic przy tym nie uronić,tylko zupełnie i ostatecznie zatracić się w tej chwili.."

W Głogowie śmierć, premiera „Góry Synaj”

„Nazywam się Cukinia” – poruszająca książka pokazująca nam, dorosłym, świat widziany oczami dziecka

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij