close
„I czemu ja mam na to pójść?” „Pitbull. Ostatni pies” (RECENZJA)

„I czemu ja mam na to pójść?” „Pitbull. Ostatni pies” (RECENZJA)

W atmosferze głośnego skandalu i szeroko komentowanego w mediach konfliktu narodził się „Ostatni pies”. Wyreżyserowanie czwartego „Pitbulla” przypadło w udziale Władysławowi Pasikowskiemu, który jest marką samą w sobie. O tym, że w temacie psów czuje się doskonale, wiadomo już od wielu lat. Było więc bardziej niż pewne, że stworzy obraz pełnowartościowy, być może nawet bezbłędny. A z pewnością odmienny od trzech poprzednich, nawet jeśli konwencją i obsadą przywodzi na myśl (obiektywnie rzecz biorąc, najlepszą) „jedynkę”.  

„Panowie, zginął nasz kolega, jeden z nas. Sprawca albo sprawcy zostaną schwytani” – szumnie deklaruje w pierwszych scenach filmu komendant policji (Marian Dziędziel), zapowiadając nieuniknioną karę dla zabójców Soczka (Piotr Chojnowski). Tego samego, który pomagał Majamiemu (pamiętny Piotr Stramowski) rozpracowywać najbardziej niebezpieczne grupy przestępcze w Polsce. Do stolicy ściąga na pomoc niezawodna trójka funkcjonariuszy, znana fanom „Pitbulla” zarówno z filmu, jak i serialu. „Despero” (Marcin Dorociński), „Metyl” (Krzysztof Stroiński) i „Quantico” (Rafał Mohr) przy niejednej butelce wódki układają chytry plan: Desperski ma wniknąć w struktury mafii i wyłapać możliwie największą liczbę gangsterów z Pruszkowa i Wołomina. Brzmi jak szablonowy wstęp pospolitego kryminalnego scenariusza? Być może, ale to dopiero początek. Nim okaże się, kto stoi za śmiercią Soczka, widzowie będą między innymi świadkami bandyckich porachunków, policyjnych interwencji, korupcji na najwyższych szczeblach władzy, powstawania piramidy finansowej czy brutalnego wykorzystywania kobiet.

Panie mają pierwszeństwo, więc na dobry początek ocenie gry aktorskiej zostanie poddana filmowa Mira. Tu czeka widzów zaskoczenie, bo wbrew medialnym doniesieniom i krytyce recenzentów, którzy odtwórczynię głównej roli kobiecej z góry spisali na straty, wcale nie gra jej znana z showbiznesowych skandali wokalistka – Doda, tylko początkująca aktorka, Dorota Rabczewska. Serio. Choć pozostaje zadziorna i charakterna, jak na scenie, to jest w niej jakaś nieoczywista autentyczność, (całkiem) dobry smak i pewien artystyczny kunszt. Choć może zbyt szybko przechodzi metamorfozę „od kelnerki do kobiety mafii”, wcale nie odstaje od reszty aktorów. Przeciwnie: wyróżnia się na ich tle, zachowując butę i przebiegłość prawdziwej żony gangstera. Towarzyszy jej nie tylko dobroduszna babcia (Mirosława Maludzińska), ale także Mona. Grana przez Agnieszkę Kawiorską młoda i atrakcyjna kobieta, wykorzystując swoją niecodzienną urodę, nie cofnie się przed niczym, co tylko przyniesie jej wymierne korzyści. Drugoplanowe, ale jakże istotne w całej historii role, wiarygodnie odegrały także Iza Kuna oraz Joanna Osyda.

Jak to w „Pitbullach” bywa, na pierwszy plan wysuwa się męskie trio. W tym przypadku w jego skład wchodzą: Dorociński, Stroiński oraz Mohr. Panowie po trzynastu latach powracają w naprawdę wielkim stylu. Ten pierwszy po raz kolejny rewelacyjnie wciela się w rolę „Despero”. Wypada doskonale – i wcale nie chodzi tu wyłącznie o walory estetyczne. Bez „gwiazdorzenia” udowadnia, że zasłużył na miano jednego z najlepszych polskich aktorów ostatnich lat. Nieważne czy akurat biega w mundurze po targu, pije alkohol na służbie, udaje bandziora czy broni prostytutki przed gangsterami – w każdym przypadku jest wyjątkowo męski i absolutnie prawdziwy. Warsztatem nie ustępuje mu ani „Metyl”, którego przyzwyczajenia pomimo upływu lat wciąż pozostają adekwatne do pseudonimu, ani „Quantico”, dawny „Nielat”, przez ostatnie lata przebywający w szeregach FBI. Dobrze zagrane postaci nie są przerysowane, a w rezultacie stają się naprawdę bliskie widzom, zyskując ich nieskrywaną aprobatę. Nieco inaczej wygląda sytuacja po mafijnej stronie mocy. Cezary Pazura, wbrew ogromnym oczekiwaniom i z całym szacunkiem dla jego talentu, nie pokazał pełni swoich możliwości. Dlatego też „Gawron” zamiast grać pierwsze skrzypce na pierwszym planie, albo wtóruje swym kolegom gdzieś w tle, albo jakby zza kulis, niezbyt władczo pociąga za sznurki. O wiele lepiej sprawuje się Adam Woronowicz. Filmowy „Junior” nie wzbudza nawet odrobiny sympatii, co w tym wypadku świadczy wyłącznie o tym, jak dobrze wcielił się w swoją rolę.

Co wyróżnia „Ostatniego psa” od jego poprzedników? U Pasikowskiego nie ma miejsca na chaos. Owszem, mnogość wątków sprawia, że chcąc się nie pogubić w trakcie dwugodzinnego seansu, trzeba zgrabnie i uważnie lawirować pomiędzy warstwą obyczajową a sensacyjną. Nie zmienia to jednak faktu, że fabuła jest w stu procentach przemyślana, nieprzeciągana i niewzbogacana na siłę efektami specjalnymi. Na próżno szukać wielkich wybuchów, hektolitrów wylanej krwi, przejaskrawionych bohaterów, mało zabawnych dowcipów czy całej masy (neo)wulgaryzmów, które do tej pory jednych przyciągały do kin, a innych przyprawiały o ból głowy i ogólne zniesmaczenie. Mimo tych braków, naprawdę nie ma miejsca i czasu na nudę. Jest za to pożądany od dawna przez część widzów realizm i powaga, na szczęście bez cienia patosu. Wreszcie są też prawdziwe dialogi, których nie stanowią już tylko krótkie wymiany strzępków zdań czy wykrzyczane zlepki ciężkich przekleństw. Zastąpiły je autentyczne dyskusje, twarde negocjacje oraz ubrane w słowa głębsze przemyślenia.

Choć w przeciwieństwie do poprzednich części twórcy nie zapewniają, że scenariusz jest oparty na faktach czy też inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, to właśnie „Ostatniego psa” ogląda się nie jak produkcję z pogranicza science fiction, ale mocno fabularyzowany dokument. Stworzony z wyczuciem klimat kina noir to nie tylko zasługa utalentowanych aktorów i dopracowanego scenariusza, ale też walorów technicznych: „mrocznych” ujęć, mocnych zbliżeń czy półzbliżeń, chłodnej i surowej scenografii, ponurego tła oraz w dużej mierze odpowiedniej gry świateł.

Jeśli prawdą jest, że to koniec wieńczy dzieło, „Ostatni pies” stawia serię „Pitbull” w czołówce polskiego filmu kryminalnego. Trzyma w napięciu aż do samego finału – tragicznego i mocno niespodziewanego. Stąd też liczne pochwały i owacje dla Władysława Pasikowskiego, który z poprzednich części zabrał wszystko, co dobre, a krytykowane przez widzów błędy z powodzeniem naprawił. I chwała mu za to. Nie wolno jednak zapominać, że popularyzatorem całego cyklu, a co za tym idzie ojcem sukcesu, choć młodszym i mniej doświadczonym, niezmiennie pozostaje Patryk Vega.

Autor recenzji: Wioleta Nowak
Tytuł: „Pitbull. Ostatni pies”
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Reżyseria: Władysław Pasikowski
Data premiery: 15 marca 2018
Obejrzane dzięki uprzejmości: Cinema City Poland, Galeria Kazimierz (Kraków)

Ocena: 8/10

„Wieża. Jasny dzień” – pokazy z udziałem twórców- Kino Pod Baranami.

Miuosh i FDG Orkiestra w Klubie Kwadrat (RECENZJA)

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij