close
„Za słaba na wyścigi i zbyt dzika do jazdy.” „Miłość i hazard” (recenzja)

„Za słaba na wyścigi i zbyt dzika do jazdy.” „Miłość i hazard” (recenzja)

„Kincsem” po węgiersku znaczy „Mój Skarb”. Imię to nosiła światowej sławy klacz, która na trwałe zapisała się w historii zawodów konnych. Jej krótki, bo zaledwie trzynastoletni żywot, upamiętnia naturalnej wielkości pomnik, stojący przy wejściu na tor wyścigowy w Budapeszcie. Ta pełnej krwi angielskiej „arystokratka”, ku ogólnemu zdumieniu i niedowierzaniu, została zwyciężczynią aż pięćdziesięciu czterech gonitw. Tym samym zyskała zacne miano „Węgierskiego Cudu”. Niezwykły życiorys kasztanki stał się inspiracją dla Gábora Herendiego, reżysera filmu „Miłość i hazard”, który 11. maja trafi do polskich kin.

1848 rok, trwa europejska wiosna ludów, na Węgrzech wybucha powstanie. Niespodziewanie na posiadłość zamożnego właściciela ziemskiego Bertalana Blaskovicha (Zoltán Rátóti) napada jego sąsiad – Otto von Oettingen (Tibor Gáspár). Najeźdźca, wspierany przez austrowęgierskiego cesarza, nie waha się bez skrupułów pozbawić życia gospodarza domu. Co gorsze, robi to na oczach jego kilkuleniego syna – Ernõ (Ervin Nagy). Pozbawiony majątku ojca chłopiec zostaje zmuszony do opuszczenia rezydencji wraz ze swoim opiekunem, przyjacielem i nieodłącznym towarzyszem – Róbertem (József Gyabronka).

Tyle tytułem wstępu, ponieważ akcja szybko przenosi się ponad dwadzieścia lat później. Ernõ jest już dorosłym mężczyzną, który całe swe życie spędza na przyjemnościach. Suto zakrapiane bale, kobiety lekkich obyczajów, płomienne romanse, nieustanne trwonienie pieniędzy i popadanie w długi – to jego chleb powszedni. Gdy młody Blaskovich wydaje się być na skraju samodestrukcji, w jego życiu niespodziewanie pojawia się wspaniała, dzika, nieposkromiona… klacz. Dzięki naukom oraz metodom wychowawczym ojca, szybko udaje mu się ją oswoić. Wyczerpujące poranne treningi z kasztanką w krótkim czasie przynoszą spektakularne efekty. Ernõ i jego koń zyskują międzynarodową sławę i ogromne pieniądze. Blashkovic wciąż jednak poszukuje czegoś więcej. Świadomie – okazji do zemsty na von Oettingenie. Podświadomie – prawdziwej miłości. Ale co zrobić w sytuacji gdy jedno z drugim wzajemnie się wyklucza?

Jednego twórcom filmu odmówić nie można: fantastycznie dobrali aktorów, których naprawdę rewelacyjnie się ogląda, a oni sami ewidentnie dobrze czują się zarówno w swoich kostiumach, jak i rolach. Dodam tylko, że Ervin Nagy, z szelmowską miną odgrywający rolę casanovy, chwilami do złudzenia przypomina Bradleya Coopera. Na ekranie pojawia się również nie tylko piękna, ale także inteligentna i charakterna główna bohaterka – Klara von Oettingen, grana przez Andreę Petrik. Aż miło popatrzeć, gdy kobieta nie pełni wyłącznie funkcji ozdobnej. Dobrze skrojone są dwie postaci męskie. Pierwsza z nich to Gerlóczy, w którego wciela się Tamás Keresztes. „Przyjaciel” Blashkovica wydaje się być książkowym przykładem przebiegłego, czarnego charakteru. W „totalnej opozycji” do niego stoi József Gyabronka jako Róbert Hesp – dobra wróżka i anioł stróż młodego Blashkovica w jednej osobie.

Opowieść o Kincsem łączy w sobie cechy filmu historyczno-kostiumowego, kina akcji, ognistego romansu, a momentami także i komedii. Warto zaznaczyć, że poza „postacią” nieposkromionej (do czasu) kasztanki oraz nazwiskami głównych bohaterów, cała reszta wydarzeń to czysta fikcja. Twórcom należą się gratulacje za poruszenie niecodziennej tematyki, poprawne odwzorowanie klimatu Węgier XIX wieku, wartką akcję, wzmaganą przez wyrazisty tętent koni wyścigowych, oraz humorystyczne wstawki. Za sprawą „technicznego” przygotowania, podczas seansu z łatwością i przyjemnością można przenieść się do tamtej epoki – a takich filmów od zawsze niezmiennie bronię. Pamiętacie rewelacyjny i wysmakowany „Grand Budapest Hotel”? „Miłość i hazard” to wprawdzie zupełnie inna liga, ale nietrudno dostrzec kilka scen, które wydają się być mocno inspirowane dziełem Wesa Andersona (przynajmniej w moim odczuciu, poprawcie mnie, jeśli się mylę). Stąd też porcja kiczu, absurdu i groteski zaserwowana przez Gábora Herendiego jest tutaj uzasadniona. Odpowiednio doprawiona dystansem widza, wcale nie smakuje źle. Minusy to prostota fabuły, pewna przewidywalność zdarzeń oraz sztuczna chwilami dramaturgia, które wytrawnego kinomana raczej nie zachwycą.

Górnolotnie rzecz ujmując: „Miłość i hazard” to piękna, lekka opowieść o triumfie uczucia nad żądzą zemsty oraz trudnej, wymagającej przyjaźni pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Film, którego oryginalny tytuł brzmi po prostu „Kincsem”, w ciągu zaledwie kilku dni po premierze pobił na Węgrzech rekordy oglądalności. Skąd taki wysoki wynik? Ano pewnie stąd, że historie o bohaterach-symbolach narodowych, „ku pokrzepieniu serc”, od początku istnienia kinematografii dobrze się sprzedają. A „Miłość i hazard” stanowi najlepszym dowód na to, że nie ma znaczenia, czy bohater ów jest człowiekiem czy koniem.

Mimo wszelkich uchybień, szczerze zachęcam do obejrzenia.

Autor recenzji: Wiola Nowak
Tytuł: Miłość i hazard
Scenariusz: Gábor Herendi, Bálint Hegedûs
Reżyseria: Gábor Herendi
Data premiery: 11 maja 2018 (Polska) 14 marca 2017 (świat)

Ocena: 6/10

Majowe nowości wydawnictwa Marginesy

Filmoterapia z Sensem: Współczesny mężczyzna w ARS

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij