close
„Nie chciałabym tu wracać, naprawdę lubię Barcelonę.” „Berlin Barcelona” (recenzja)

„Nie chciałabym tu wracać, naprawdę lubię Barcelonę.” „Berlin Barcelona” (recenzja)

O tym, że nie powinno się oceniać książki po okładce, wiadomo od dawna. Podobnie jest z filmem – nie należy sądzić go po tytule. Przynajmniej polskiej wersji tytułu. „Berlin Barcelona” brzmi bowiem nad wyraz obiecująco. W umyśle potencjalnego widza budzi podróżnicze fantazje o słonecznej metropolii Hiszpanii bądź surowej stolicy Niemiec. A to olbrzymi błąd. Dramat „Les distàncies”, będący dziełem katalońskiej reżyserki Eleny Trapé, jest duszną, mglistą opowieścią o nieszczęściu oraz braku zrozumienia. Portretem współczesnych, pogubionych trzydziestolatków, namalowanym podczas kameralnego zjazdu absolwentów.

Zaczyna się całkiem miło i sympatycznie. Czworo znajomych przylatuje z Hiszpanii do Berlina, by świętować trzydzieste piąte urodziny Comasa (Miki Esparbé). Olivia (Alexandra Jiménez), Eloy (Bruno Sevilla) oraz Guille (Isak Férriz) poznali się podczas studiów, natomiast Anna (Maria Ribera) jest partnerką tego ostatniego. Kiedy bez zapowiedzi wpadają do mieszkania jubilata, ten nawet nie próbuje udawać radości z ich wizyty. Cóż, nie każdy lubi niespodzianki, ale kiedy robią je przyjaciele, może warto docenić ich starania? Chyba że nie są tak bliscy ani ważni jak kiedyś? Atmosfera mocno gęstnieje już po pierwszych kilku minutach filmu. I przez kolejne półtorej godziny nie ma zamiaru się rozrzedzić. Okazuje się, że pod maską szampańskiego, urodzinowego nastroju, każdy z bohaterów kryje własne problemy, a ich przyjaźń – o ile w ogóle jeszcze istnieje – zostaje wystawiona na kolejne, poważne próby.

Olivia jest w siódmym miesiącu ciąży, niezbyt dobrze dogaduje się (przez telefon) ze swoim partnerem i nie sprawia wrażenia najszczęśliwszej przyszłej matki na świecie. Eloy ma kłopoty z pracą, pieniędzmi, mieszkaniem i alkoholem. Obwinianie za własne porażki panującego w kraju kryzysu gospodarczego, nie wydaje się być właściwą drogą do zmiany sytuacji życiowej. Pomiędzy Anną a Guillem ciągle iskrzy. Bynajmniej nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wspólny wyjazd sprawia, że kobieta zauważa drugą twarz swojego partnera. Homofobiczne komentarze, brak empatii, egoistyczne zachowanie oraz traktowanie ludzi z góry skłaniają ją do zmian. Z kolei Comas, nie wiedzieć czemu, „uśmiecha” się do swoich znajomych z porozklejanych w całym mieście plakatów. Skąd się na nich wziął? Czyżby hiszpański imigrant robił w Berlinie karierę modela? Tego widz nie dowie się, póki jubilat, który zaraz na początku filmu zostawia całe towarzystwo i przepada jak kamień wodę, z powrotem nie spotka się ze swoimi „przyjaciółmi”…

Filmu Eleny Trapé nie należy oglądać pod wpływem negatywnych emocji. Z pewnością pogłębi on smutek, troskę czy melancholię. Przytłaczająca scenografia idealnie wpisuje się w klimat fabuły. Berlińska panorama zimą totalnie przygnębia, każde pomieszczenie w mieszkaniu Comasa skutecznie odbiera chęć do przebywania w nim, a wszelkie punkty gastronomiczne z powodzeniem zniechęcają widza do wizyty. Realizacyjnie niby wszystko do siebie pasuje, ale sprawia wrażenie mdłego i odrobinę nijakiego. Aktorsko zachwyca jedynie Alexandra Jiménez. Postać Olivii jest na tyle wyraziście zagrana, że w jej cieniu chowają się niemal wszyscy pozostali bohaterowie. Najmocniejszym i najbardziej emocjonalnym punktem całego filmu staje się jej słowny pojedynek z bliską przyjaciółką/byłą partnerką Comasa.

Niestety, więcej naprawdę udanych scen nie pamiętam. „Berlin Barcelona” o wiele lepiej prezentuje się w zwiastunie niż w pełnej krasie. Po obejrzeniu filmu widz, niczym jego bohaterowie, pozostaje z niespełnionymi oczekiwaniami. Niewyjaśnione wątki, pytania bez odpowiedzi, banalny finał, mało dynamiczna akcja – wszystko to składa się na niezbyt wysoką ocenę. Otwarte zakończenia w wielu historiach są udanym sposobem na finał danej opowieści, ale nie w tym wypadku. To tak, jakby z zapałem czytać trzymający w napięciu kryminał i nigdy nie dowiedzieć się, kto tak naprawdę był mordercą – oryginalny pomysł, ale niezbyt zadowalający. Choć zdobywający uznanie krytyków, bowiem na ostatnim Festiwalu Filmów Hiszpańskojęzycznych w Maladze „Berlin Barcelona” zwyciężył w aż trzech kategoriach: najlepszy film, najlepsza reżyseria i – za sprawą Alexandry Jiménez – najlepsza aktorka pierwszoplanowa.

W jednym z wywiadów Elena Trapé powiedziała, że jej celem było stworzenie filmu, który wprowadzi widza w stan zakłopotania*. Misja została przez reżyserkę wypełniona, jednak nie jestem pewna, czy jest to właściwy rodzaj zakłopotania. Po seansie czuję pewien niedosyt, dezorientację, rozkojarzenie zamiast ochoty na poważniejsze przemyślenia. Po niemal stuminutowej opowieści o pustej relacji pozostaje zwyczajna pustka. Może poza jedną, oczywistą, niepodważalną refleksją: czas i odległość są w stanie zabić nawet najgłębszą, pozornie niezniszczalną relację.

* “My intention was to shoot a film that makes you feel uncomfortable.”
Cytat: https://cineuropa.org/en/interview/352256/

Autor recenzji: Wiola Nowak
Tytuł: „Berlin Barcelona”
Scenariusz: Josan Hatero, Miguel Ibáñez Monroy, Elena Trapé
Reżyseria: Elena Trapé 
Data premiery: 5 kwietnia 2019 (Polska), 7 września 2018 (świat)
Obejrzane dzięki uprzejmości: Aurora Films
Źródło zdjęcia: https://www.charlie.pl/index.php?i=film&id=1541186451

Ocena: 5/10

VIRAL. Jak zarażać ideami i tworzyć wirusowe treści

VIRAL. Jak zarażać ideami i tworzyć wirusowe treści (recenzja)

RYSZARD KACZMAREK: Powstania śląskie 1919-1920-1921

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij