close
LIVE, WORK, WORK, DIE – „NOWY DZIKI ZACHÓD” (recenzja)

LIVE, WORK, WORK, DIE – „NOWY DZIKI ZACHÓD” (recenzja)

Temat jakże na czasie. Oto dowiedzieliśmy się, że premier uważa Polskę za Dolinę Krzemową Unii Europejskiej. Śmiechom nie ma końca, nikt nie zapytał jednak, co niesie ze sobą wizja realizacji takowego projektu i jaką można zapłacić cenę za bycie siedzibą dla największych przedstawicieli przemysłu nowych technologii. Jak znalazł – lektura Nowego Dzikiego Zachodu . Corey Pein opowiada o branży high-tech nie tylko z poziomu spotkań z Elonem Muskiem. Przebija się przez PR-ową otoczkę i jako początkujący biznesmen zagląda za kulisy wielkiego przedstawienia o tworzeniu nowego wspaniałego świata.

Dziennikarzom zajmującym się szeroko rozumianym biznesem łatwiej jest tworzyć kolejne teksty o nowinkach Apple’a niż pisać o tym, jak są traktowani jego pracownicy. Zwłaszcza że marketingowcy firm IT chętnie płacą za przedstawicieli mediów rachunki. By zmierzyć się z prawdą o przemyśle nowych technologii, nie można przyglądać mu się z zewnątrz – trzeba zostać jego częścią. Tak Corey Pein postanawia zrobić karierę w Dolinie Krzemowej i w ramach dziennikarskiego śledztwa jedzie na Zachód szukać inwestora dla swojego start-upu.

Perspektywę obserwatora i informatora zamienia na, jak pisze, sytuację, w której obowiązkiem jest „lizać tyłki i zawierać przyjaźnie z nikczemnymi kreaturami wszelkiej maści”. Przy okazji walcząc o utrzymanie się (tj. znalezienie jakiegokolwiek dachu nad głową). American dream? Rozrastająca się strefa z mieszkaniami przekształconymi pod wynajem krótkoterminowy zamienia domy na tzw. hacker houses, czyli miejsca pobytu przedsiębiorców napływających do Kalifornii z całego świata po to, by pracować nad swoimi pomysłami. Jako że wynajem jest drogi, zdolni programiści pomieszkują razem. Tak oto na małej powierzchni współżyją ze sobą obcy ludzie, dla których współlokator jest przeciwnikiem w wyścigu szczurów i którym do zaspokojenia potrzeb wystarcza kilka kliknięć.

Byliśmy dorosłymi mężczyznami, którzy żyli jak myszoskoczki w klatce, naciskając jedną dźwignię, kiedy pragnęliśmy pożywienia. I drugą, kiedy mieliśmy ochotę na chwilę niezobowiązującej rozrywki – wszystko na żądanie.

Z książki Peina wypływa obraz miejsca nienadającego się do życia, zamieszkiwanego przez grupę oderwanych od tego życia osób, którym koncentracja na osiągnięciu swojego celu przysłania wszystko inne. Przypomina się podczas lektury dokument pt. San Francisco 2.0. wyprodukowany kilka lat temu przez HBO. O Dolinie Krzemowej mówili  w nim ci, którzy stali się ofiarami rozwoju strefy przemysłowej – byli mieszkańcy terenów przeznaczonych pod budowę siedzib kolejnych firm czy domów, z których zostali wyrzuceni,  aby zrobić miejsce napływającym do miasta biznesmenom. Wspólna jest filmowi i książce refleksja o pogłębiającym się podziale klasowym oraz olbrzymiej przepaści, jaka dzieli ludzi sukcesu od tych, którym nie jest dane należeć do świata wielkiego biznesu. I o tym, jak wiele paradoksów występuje w świecie, gdzie równie szybko możesz zostać milionerem, jak ów milion stracić.

Nie masz wykształcenia technicznego i brakuje ci  kompetencji? E tam. „Moja rola jest następująca: jestem głupia, nie wiem, jak to coś działa i jeśli w ciągu czterech sekund nie pokapuję się, jak tego używać, znaczy, że jest do niczego”- mówi kobieta zarządzająca zespołem specjalistów IT z najwyższej półki. Może i nie wie, czym zajmują się jej podwładni, ale, jak pisze Pein, dokładnie tego oczekuje od niej pracodawca. Nieinteresowania się za bardzo, niepytania, chciałoby się powiedzieć, braku myślenia. Nowy Dziki Zachód jest dziki także przez takie stopniowe zwalnianie ludzi z krytycznego osądu rzeczywistości, czego skutki autor książki opisuje w najbardziej wstrząsających fragmentach dotyczących tworzących się w Dolinie Krzemowej ideologii. Relacje z przesiąkniętych retoryką sukcesu połączoną z mową nienawiści zebrań, podczas których wprost mówi się o byciu lepszym rodzajem ludzi i przejęciu władzy nad światem, wydają się tak absurdalne, że aż nie chce się wierzyć, że Pein był ich świadkiem. Jednocześnie trudno przecież zaprzeczyć temu, że Dolina Krzemowa już dzierży ogromną władzę. Nowy Dziki Zachód sprawia, że zastanawianie się nad tym przyprawia nas o nowe niepokoje. Strach pomyśleć, o czym przeczytalibyśmy, gdyby do druku trafiła pierwotna robocza wersja licząca sześćset stron…

Oryginalny tytuł reportażu Coreya Peina brzmi LIVE WORK WORK DIE: A journey into the Savage Heart of Sillicon Valley (ŻYĆ PRACOWAĆ PRACOWAĆ UMRZEĆ: Podróż w głąb Dzikiego Serca Doliny Krzemowej). Już z niego wypływa gorzka refleksja o tym, że wraz z rozpoczęciem zarabiania kończy się życie, na które przy tak intensywnej pracy na pełnych obrotach zwyczajnie nie ma czasu. Fizyczne potrzeby zaspokajają Airbnb i Foodpanda, duchowe – Netflix i Lifehacker. Nowy Dziki Zachód to książka, która pyta, czy aby na pewno jest to wystarczające. Uprzedzonym wobec technologii dostarczy kolejnych argumentów do narzekania i budowania obrazu tzw. zgniłego zachodu, ich miłośników wprawi w konsternację. Nikogo nie pozostawi obojętnym.

 

Maja Skowron

Corey Pein, Nowy Dziki Zachód. Zwycięzcy i przegrani Doliny Krzemowej, tłum. Barbara Gutowska-Nowak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„głosy”, czyli studium zbrodni emigranta (recenzja)

Nominowani do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej: Marzanna Bogumiła Kielar

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij