close
„Małe kobietki” (2019) – recenzja

„Małe kobietki” (2019) – recenzja

Na najnowszą ekranizację „Małych kobietek” (2019) wybrałam się ze zwykłej ciekawości. Chciałam zobaczyć, jak tym razem reżyserka Greta Gerwig poradziła sobie z powracającym co jakiś czas na duży ekran materiałem powieściowym. A poradziła sobie całkiem dobrze oddając widzom realizację w każdym punkcie przemyślaną, z doborową obsadą aktorską, przyciągającymi uwagę pięknymi kostiumami i przekazem na miarę współczesności.

Realizacja Gerwig to nie tylko bardzo dobra adaptacja dziewiętnastowiecznej prozy dostosowana do potrzeb percepcyjnych współczesnego odbiorcy, ale też malowniczy obraz społeczno-obyczajowy podkreślony nastrojową, przenikającą całość muzyką, ilustrujący dochodzenie do własnego głosu kobiet XIX wieku. Uwagę widza zwracają charakterystyczne, pełne kolorów kostiumy, podkreślające indywidualność i charakter kreowanych przez aktorów postaci. Wciąga podążanie za kadrami filmu swobodnie poruszającymi się po kontinuum życia sióstr March w pełnej życia i humoru, przesyconej wypowiadanymi mimochodem konkluzjami i komentarzami,  opowieści o byciu wiernym sobie i o realizacji życiowych potrzeb i marzeń. Zmusza do uwagi nadążanie za myślą reżyserki i kibicowanie losom, marzeniom i próbom ich realizacji poszczególnych bohaterek.

Sięgając po opublikowaną w drugiej połowie XIX wieku powieść Louisy May Alcott reżyserka Greta Gerwig pozostała zasadniczo wierna oryginałowi. Połączyła jednak dwa powieściowe wątki czasoprzestrzenne tak, by wzajemnie uzupełniały się i dopowiadały kontekstowo. Dzięki temu połączeniu akcja filmu sprawia wrażenie szybszej, jest zwarta i przejrzysta, a wiele problemów i sytuacji ukazanych jest z kilku punktów widzenia. Taka konstrukcja fabuły pozwala wprawdzie na skokowe poruszanie się nie tylko w opowiadanej historii, ale i losach poszczególnych sióstr, przeplatanie ich z sobą i wzajemne dookreślanie, wymaga jednak od widza ciągłej uwagi, by jego myśl nadążyła za kadrami ilustrującymi wspólne dzieciństwo, a potem  młodość sióstr, dorastanie każdej z nich, wchodzenie w dorosłość, problemy, uczucia i podejmowane życiowe decyzje, kierujące nimi motywy osobiste, a także ich ekonomiczny i społeczny kontekst. Korzystając z dobrodziejstw nielinearnej konstrukcji filmu reżyserka wrzuca widza w sam środek opowiadanej historii, następnie zaś, swobodnie poruszając się pośród obrazów ilustrujących życie bohaterek, dookreśla ją i uzupełnia, objaśniając podążającego za ich losami widza. Ta metoda się sprawdza nawet wówczas, gdy odbiorca po pierwszych scenach filmu czuje się nieco zagubiony i z lekka zdezorientowany. Przychodzi bowiem taki moment, gdy wszystkie elementy układanki trafiają na właściwe miejsca, a opowiadana historia nabiera spójności, staje się bardziej przejrzysta i zmierza do szczęśliwego finału.

Ale właśnie ten finał, od momentu odziedziczenia po zmarłej ciotce posiadłości przez Jo do końca filmu rozczarował mnie. Do tej pory świetna konstrukcja fabuły zaczyna się zdecydowanie zmieniać, a wraz nią zmienia się także poetyka przekazu. Do wspomnianego momentu to po prostu pełna humoru, dosyć burzliwa, ale zarazem pełna swoistego uroku, realistyczna opowieść o losach trzech pokoleń kobiet jednej rodziny, z których każda reprezentuje odrębny typ osobowości, zainteresowań, a w pewnym stopniu także życiowych wartości. Później realizm ulega zdecydowanej redukcji na rzecz rozwijającego się, mocno przesłodzonego, marzenia sennego, w którym realizują się plany sióstr March. Przy czym sam pomysł może nie jest zły. Moje zastrzeżenia budzi raczej jego realizacja. To ‘marzenie’ podsuwane jest widzowi przez sposób montażu następujących po sobie kadrów i zdecydowane zwolnienie ich tempa, co wyraźnie sugeruje zmianę poetyki przekazu. Tej zmiany nic jednak nie motywuje i nic jej też nie uzasadnia. Pojawia się ona niespodziewanie i niejako znikąd zaburzając opowiadaną historię, która nadal jest przecież opowieścią o wchodzeniu w dorosłość trzech młodych kobiet, którym realizację marzeń i artystycznych potrzeb umożliwia zupełnie realny i całkiem pokaźny spadek zapisany najbardziej energicznej i operatywnej z nich.

Gerwig zdecydowanie udało się uniknąć znamiennego dla powieści moralizowania. Więcej, przemycając tu i ówdzie wypowiedzi ważne, padające jakby mimochodem, a przy tym jasno wyrażające przekazywaną myśl czy ideę, dba o zachowanie odpowiedniej proporcji między lekkością i dowcipem opowieści o codziennym życiu i pragnieniach dziewcząt a powagą i mentorskim tonem kwestii dotyczących położenia społecznego i finansowego kobiet w drugiej połowie XIX wieku padających często (choć nie wyłącznie) z ust ciotki March (Meryl Streep) lub Marmee March (Laura Dern), czy też Pana Dashwooda (Tracy Letts) i Jo. Samo ‘moralizatorstwo’ jednocześnie obśmiewa, przesuwając je na poziom wypowiedzi metatekstowej i wprost wyrażając stosunek do niego podczas dyskusji Jo z wydawcą dotyczących publikacji najpierw jej opowiadań, a potem książki.

W przemyślany montaż kadrów ilustrujących losy sióstr reżyserka wplotła też spójny splot odmiennych osobowości i talentów. Ośrodkiem akcji jest silny duet ‘jedynego brata’ (Jo) i najmłodszej Amy. Pierwsza jest eteryczna i delikatna, ma jednak urok chłopczycy, energię zdolną przenosić góry i pokłady marzeń, którymi mogłaby z powodzeniem obdzielić całą rodzinę nadal zachowując dla siebie ich pokaźny arsenał. Dodać wypada, że to właśnie te marzenia i silne pragnienie ich realizacji mają wpływ nie tylko na rozwój jej osobowości, ale też na jej siłę kształtowania otaczającej ją, niekoniecznie uległej i przyjaznej rzeczywistości. Obsadzona w tej roli Saoirse Ronan wykreowała tę postać w sposób niemal doskonały. Z jednej strony eteryczna i delikatna, pełna obaw, z drugiej gotowa walczyć o swoje marzenia, epatująca wokół licznymi i silnymi uczuciami, a zarazem miotająca się pomiędzy szarpiącymi nią sprzecznościami jest to postać interesująca i silna, spójna, dogłębnie przemyślana, a każdy gest młodej aktorki oraz mimika jej twarzy są perfekcyjnie zagrane i wykorzystane do budowania filmowej kreacji. Już choćby po to, by zobaczyć tę fenomenalną grę uczuć na twarzy aktorki, gdy targają nią emocje i rozważania nad tym, co jest dla niej ważniejsze: realizacja własnych marzeń i bycie pisarką czy udany, oparty na miłości, wzajemnym zrozumieniu związek z mężczyzną, a przy tym silna potrzeba posiadania obok siebie drugiego, akceptowanego przez nią i w pełni akceptującego ją człowieka – warto ten film obejrzeć. Na twarzy aktorki gra każdy mięsień, jej gesty są przemyślane i bardzo oszczędne, a dodatkowo te efekty wzmacniane są fenomenalnymi zdjęciami operatora kamery. To właśnie Jo jest naszym przewodnikiem po filmowej rzeczywistości. To za nią podążamy i jej kibicujemy obserwując rodzinne życie sióstr. Jej biegunowym przeciwieństwem jest Amy. Najmłodsza z rodzeństwa, rozpieszczona, a zarazem przytłoczona siłą osobowości starszych sióstr i skupiającą uwagę całej rodzinny chorowitą i muzycznie uzdolnioną Beth, wyczerpana próbami przebicia się przez osobowość Jo, zwrócenia na siebie uwagi i domaganiem się poważnego traktowania jej potrzeb, jest też zadziwiająco trzeźwym obserwatorem umiejętności swoich i sióstr, ich krytyczną recenzentką i mimo młodego wieku bardzo trzeźwo o rzeczywistości i własnym talencie myślącą kobietą. Kreacje obu aktorek są świetne.  Niemniej jednak, uważam, że rola Amy jest zdecydowanie trudniejsza. W założeniu mniej dynamiczna, oparta raczej na tradycyjnej kobiecości emanującej z grającej ją osoby rola ta wymaga od aktorki nie tylko dużej sprawności warsztatowej, ale też jej dogłębnego przemyślenia i umiejętnej gry. Florence Pugh to połączenie się udało, a wykreowana przez nią postać pozostała spójna i bardzo naturalna mimo prezentowania przez aktorkę pozornie sprzecznych kreacji jej rozwijającej się osobowości. Jej postać jest najbardziej zakorzeniona w dzieciństwie, dlatego to właśnie ona przechodzi największą metamorfozę zmieniając się z wesołego, żywego, zapatrzonego w siebie dziecka najpierw w dorastającą dziewczynę trzeźwo oceniającą swój talent malarski i jego rozwój, próbującą odnaleźć się w roli odpowiedzialnie myślącej kobiety, pod wpływem ciotki starającej się ratować rodzinę z opresji finansowych dzięki odpowiedniemu małżeństwu, potem zaś w dojrzałą, opanowaną kobietę, rezygnującą z malarstwa na rzecz małżeństwa z miłością swego życia.

Ten żeński duet stanowi centrum opowieści, wokół którego i w kontakcie z którym toczą się losy pozostałych kobiet i postaci mających na ich życie znaczący wpływ. Zachwyt budzi Meryl Streep w roli ciotki March wyrażającej swoje zdanie, ocenę czy stosunek do rzeczywistości ledwo zauważalnym gestem, grymasem twarzy, oszczędnym, pozornie niepełnym ruchem z godną podziwu precyzją. Jej gra jest niemal niezauważalna, a jednak nie sposób jej nie zauważyć. To ona kieruje losami panien, zupełnie tego nieświadomych, ona jest źródłem postaw, które pojawiają się w ich myśleniu i działaniach, do spółki z zaszczepionymi mi przez ich rodziców przekonaniami dotyczącymi postawy wobec świata i konsekwencji w realizacji obranych celów i zachowaniu wyznawanych wartości.  Sposobem i ekspresyjną wyrazistością gry zwraca też uwagę Timothée Chalamet w roli Theodore’a Laurence’a (Laurie). Delikatny, samotny chłopiec, mający na wyciągnięcie ręki wszystko z wyjątkiem bliskości i miłości rodziny, próbujący odnaleźć swoje miejsce w świecie i przy boku Jo. Jego dorastanie jest trudne i pełne bólu związanego z poznawaniem odrzucenia i siły własnych emocji i uczuć, ale gdy dorasta i decyduje się na związek z Amy, może jej uczciwie oferować miłość inną niż ta, którą żywił dla jej siostry, niemniej równie silną i w przeciwieństwie do tamtej dającą szansę na szczęśliwy i spełniony dla obu stron związek. Rozczarowała mnie natomiast kreacja Emmy Watson. Grająca najstarszą z sióstr aktorka przez znaczną część filmu była doskonale nijaka, tak jakby Watson nie potrafiła przekuć skreślonej w scenariuszu Meg w dziewczynę żywą, barwną (talent aktorski) i nie tylko pełną emocji, ale ze względu na posiadany talent potrafiącą te uczucia uzewnętrzniać. To wrażenie dotyczy przede wszystkim pierwszej części filmu, gdy Meg i Jo wchodzą w okres dorastania, wkraczania w życie towarzyskie i społeczne. Im głębiej w dorosłość się przesuwamy tym połączenie Meg z Emmą Watson staje się bardziej naturalne i dopasowane, jakby rola dojrzałej, spełnionej życiowo kobiety, skupionej raczej na wewnętrznym przeżywaniu emocji niż uzewnętrznianiu ich było aktorce zdecydowanie bliższe niż eskalacja emocjonalna nastolatki.

Zmierzając do końca podkreślam, że film jest świetny, a reżyseria doskonała. Gerwing nie tylko znalazła i zrealizowała pomysł, który pozwolił na zdynamizowanie fabuły i przykucie uwagi widza, ale pokazała też bardzo jasno i klarownie, że każdy przekaz, także ten dawny i pozornie nieprzystający do współczesnej rzeczywistości, można przetworzyć tak, by można w nim było zobaczyć współczesne problemy i dostrzec ich rozwiązanie. Być może nie jest to film dla każdego, ale wielu znajdzie w nim coś dla siebie. Na „Małe kobietki” można bowiem patrzeć jak na pełną humoru sagę rodzinną, film obyczajowy pokazujący życie mieszkańców Stanów Zjednoczonych w drugiej połowie XIX wieku, ale można też patrzyć na niego i dostrzec w nim to, co najważniejsze i dzisiaj: codzienne problemy zwykłych ludzi, usiłujących zrealizować swoje marzenia i pozostać sobą w rzeczywistości obyczajowej, społecznej i historycznej swego czasu. Można w nim usłyszeć słowa ważne, rzucane delikatnie i niemal nieśmiało, gdzieś pomiędzy obrazami burzliwego życia i uczuć grona kobiet jednej rodziny. Słowa o tym, by – jak szepta Jo do ucha walczącej o życie siostry – nie odchodzić w ciszy, by krzyczeć głośno i wyraźnie, by walczyć do ostatniej chwili. Słowa, które pasują nie tylko do tej jednej sytuacji ale do każdej chwili w życiu człowieka. Ważne jest to, że reżyserka delikatnymi pociągnięciami, grą światła i cienia, by użyć plastycznej metafory, modeluje filmowy świat tak, by pozornie banalne kwestie padały miedzy wierszami, między obrazami miłości, dorastania, zabawy, że ze śmiechu i wzajemnej pomocy czyni broń, która pozwala walczyć z przeciwnościami, walczyć o siebie, stawiać czoło rzeczywistości w każdych warunkach na swoich własnych prawach. To film, który uświadamia widzowi, że żyjemy w określonym czasie, miejscu, społeczeństwie i w znacznej mierze to one właśnie nas determinują. Niemniej jednak nie mamy wprawdzie wpływu na czasy, w jakich przyszło nam żyć, ale to my i tylko my decydujemy  jak żyjemy.

Wbrew dosyć powszechnej opinii nie sądzę, że jest to film o kobietach, a właściwie nie tylko o nich. One pojawiają się tu właśnie ze względu na czas powstania  pierwowzoru. Czas, w którym ich pozycja społeczna pozostawiała wiele do życzenia i można było pokazać problemy społeczne i obyczajowe, które były jej rezultatem. Dzisiaj możemy oczywiście patrzeć na rozterki młodych kobiet dotyczące aranżacji odpowiedniego małżeństwa z przymrużeniem oka, ale jeśli popatrzymy na współczesną rzeczywistość, to okaże się, że ona nie zmieniła się aż tak, jakbyśmy chcieli, a twierdzenie, że małżeństwo jest dla kobiety przede wszystkim transakcją finansową, nie brzmi dzisiaj tak jak 150 lat temu, do lamusa jednak nie trafia. Bogate wyście za mąż to nadal świetny sposób na awans społeczny i wygodne życie, tyle że może dzisiaj dla większości z nas ważniejsze jest to, co u Gerwig brzmi nieco ciszej, że miłość, nawet szczera i skłaniająca jedną ze stron do poświęcenia czy zmiany to czasem zbyt mało. Że czasem jedno zdanie wypowiedziane przez drugiego człowieka decyduje o zmianie w naszym życiu, że można kochać równie silną i piękną miłością więcej niż jedną osobę, że warto kochać (nie tylko ludzi) i za tę miłość cierpieć, że warto mieć marzenia i o nie walczyć. I co najważniejsze, że warto mieć wokół siebie ludzi, z którymi można się dzielić, gdy jest czym i przyjąć od nich pomoc i wsparcie, gdy się ich potrzebuje. Wszystko to można włożyć w usta i doświadczenie zarówno kobiet jak i mężczyzn. Będzie znaczyło to samo i będzie równie ważne. Warto też zapamiętać słowa Jo niekoniecznie, a raczej nie tylko w kontekście, w którym padają: ‘moja książka (prawa autorskie) to moja własność’, czyli – w nieco szerszym kontekście – moje prawa (nie tylko autorskie), są jednak moje.

 

Autor recenzji: Iwona Pięta

Tytuł: „Małe kobietki”

Reżyseria: Greta Gerwig

Scenariusz: Greta Gerwig

Materiał do scenariusza: „Małe kobietki” (powieść), Louisa May Alcott

Scenografia: Claire Kaufman

Zdjęcia: Yorick Le Saux

Muzyka: Alexandre Desplat

Montaż: Nick Houy

Data premiery: (Polska – 31.01.2020)

Internetowa scena Łaźni Nowej działa dalej. Program na maj

„Życie” Juan Luis Arsuaga

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij