close
Igor Brejdygant, „Szadź” (recenzja)

Igor Brejdygant, „Szadź” (recenzja)

Do rąk czytelników trafiło drugie wydanie powieści Igora Brejdyganta „Szadź”.  Ja po tę książkę sięgnęłam mając nadzieję na ciekawą i wciągającą rozrywkę, a przy tym licząc na porównanie jej z serialem o tym samym tytule i autorem scenariusza tożsamym z autorem powieści. 

Ciekawy jest pomysł wykorzystany przez autora i wrzucenie czytelnika właściwie w środek akcji. Niezłym rozwiązaniem kompozycyjnym jest też skupienie się na dwóch wiodących postaciach, z których jedną jest komisarz Agnieszka Polkowska, drugą błyskotliwy i inteligentny sprawca. Przedstawiona czytelnikom akcja jest w sumie rozgrywką tych dwojga, a dochodzenie prowadzi nie tylko do ujawnienia trwającego od kilku lat precyzyjnie zaplanowanego łańcucha zbrodni, ale też specyficznej relacji łączącej Polkowską i jej adwersarza, a przy tym tajemnicy z przeszłości związanej z ich życiem.

Krótko rzecz ujmując pomysł i fabuła są więcej niż dobre, tyle tylko, że ich realizacja w książce chyba jednak nie do końca przemyślana. Przez pierwsze sto kilkadziesiąt stron właściwie niewiele się dzieje. Jakieś dziwne sny, spotkania, rozkminianie dawno odłożonych spraw i odkrywanie co może je łączyć z najświeższą ofiarą, a przy okazji obraz funkcjonowania policji (oby nie całkiem zgodny z rzeczywistością) wyraźnie rzutujący na tempo i sposób prowadzenia dochodzenia. Dopiero potem akcja przyspiesza, wątki się zazębiają, a fabuła zaczyna wyglądać jak całość, a nie zestaw przypadkowych klocków niekoniecznie tej samej układanki.

Film odwrotnie. Realizacja jest niezła, ale sama fabuła została zdecydowanie zmieniona i to raczej z powodu poprawności politycznej, a nie dla dobrego efektu w nowym, korzystającym z innych środków wyrazu niż literatura medium. I niestety widać, że zmian dokonano w nie całkiem przemyślany sposób. Dotyczy to zwłaszcza motywacji przestępczej osobowości Wolskiego i wykreślenia wątku kontaktów z obcym (dodajmy wschodnim) wywiadem, a to znajduje efekt w słabej końcówce serialu, którego nie ratuje nawet osoba Macieja Stuhra.

W sumie książka (jak się już te pierwsze 185 stron przejdzie) jest niezła. Efekt zaskoczenia budowany jest w niej nie na postaci przestępcy, bo kto nim jest to od początku wiadomo, ale na odkrywanych w toku śledztwa tajemnicach rodzinnych obojga bohaterów i ich wzajemnej relacji w przeszłości i współcześnie. Wątki są przemyślane, świetnie się uzupełniają i domykają, warto jednak pamiętać, że literatura stawia autorom wymagania, a forma tej książki jednak im nie sprostała. Budowanie opowieści fabularnej korzystającej z licznych i wielokierunkowych retrospekcji wymaga przemyślenia. Autor zastosował technikę krótkich, często półtorastronicowych rozdzialików, które samą fabułę rozbijają na drobne odpryski większej całości. W narracji nic takiej formy nie uzasadnia, a co gorsza jest ona dla czytelnika znacznym utrudnieniem lektury, bo zaburza jej płynność nie dając nic w zamian.

„Szadź” jest godna polecenia dla tych, którzy lubią porównania realizacji tego samego tekstu kultury w różnych mediach. Tu jest to ciekawe nie tylko dlatego, że widać różnice i możliwości w realizacji tekstu literackiego i obrazu filmowego, ale też tego, jak polska telewizja dba o to, by pewne zjawiska społeczno-polityczne w imię poprawności tuszować, niekoniecznie dbając przy tym o kształt ostateczny prezentowanego widzom dzieła.

W kontekście tych dwóch tekstów, tj. „Szadzi” w wersji literackiej i serialowej, warto też odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dla tzw. poprawności politycznej warto wymazywać i zmieniać polski dorobek kulturowy, historię i tożsamość narodową, bo co nam wówczas zostanie i w kontekście czego będziemy definiować siebie. Skąd takie zakończenie? Ano stąd, że pisząc ten tekst zaczęłam się zastanawiać jak wyglądałaby dzisiaj realizacja filmowa „Krzyżaków” Henryka  Sienkiewicza i – proszę Państwa – wszystko wokół pokryła szadź, a mnie zmroziło.

Od siebie wszystkim zainteresowanym kryminałami i porównywaniem tekstów kultury polecam oba przekazy (literacki i serialowy), bo odczytanie ich we wzajemnym kontekście to niezła zabawa dająca ciekawe i zmuszające do refleksji efekty. Można też osobno. Dla pasjonatów literatury – książka, dla fanów seriali i w ogóle obrazu, ewentualnie Aleksandry Popławskiej i Macieja Stuhra – serial, ale wtedy – zupełnie inny poziom odbioru i refleksji.

Przeczytane dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

Autor recenzji: Iwona Pięta

Tytuł: „Szadź”

Autor: Igor Brejdygant

 

Jądro samotności. Listy o sztuce Rainera Marii Rilkego (recenzja)

Wracamy, wracajcie do Łaźni

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij