close
Kiran Millwood Hargrave, Kobiety z Vardo (RECENZJA)

Kiran Millwood Hargrave, Kobiety z Vardo (RECENZJA)

Przerażająca, oparta na faktach powieść Kiran Millwood Hargrave boleśnie uświadamia do czego doprowadzić może niepohamowana ambicja, chęć zaistnienia i przejścia do historii. W przypadku osoby, która niczego spektakularnego w czasie swoich rządów nie osiągnęła, ostatnią deską ratunku wydaje się być wykorzystanie do tego celu Kościoła – ogarnięty obsesją stworzenia społeczeństwa odpowiadającego jego przekonaniom król zrobi wszystko, by pamięć po nim pozostała na zawsze, a w jego władaniu pozostała jedynie ludność odpowiadająca jego własnej wizji.

W tym miejscu i czasie w historii – w XVII-wiecznym Królestwie Danii i Norwegii nie było mowy o niezależności czy zachowaniu tradycji i rytuałów praktykowanych przez wieki przez rdzenną ludność. Cel był jeden – państwo miało być zunifikowane i poddane królowi. Istniały też osoby, które były skłonne zrobić wszystko, żeby z pełną gorliwością ten ład wprowadzić i tym samym przypodobać się zwierzchnikom . A tam, gdzie z pragnieniem władzy i chorą ambicją spotyka się z osoba pokroju komisarza Corneta, nikt nie może czuć się bezpieczny.

Na tle tych właśnie poczynań i ambicji ówczesnego władcy, króla Chrystiana IV, autorka przenosi nas do najdalej wysuniętej na wschód, otoczonej przez morze Barentsa wyspy na terenie dzisiejszej Norwegii. Vardo jest niewielką osadą, zamieszkiwaną głównie przez rybaków i ich rodziny. Nieprzyjazny klimat ze srogimi zimami pozwala zapomnieć o tym, że żyje się w kraju przez kogoś rządzonym; można pomyśleć, że wyspa jest niemalże zapomniana i życie płynie na niej swoim naturalnym rytmem – kobiety trudnią się głównie dbaniem o dom i przygotowaniem zapasów jedzenia, opieką nad dziećmi, szyciem i wyprawianiem skór, a mężczyźni połowami, handlem, budowaniem schronienia i zapewnianiem opału. Mimo, że życie w tym miejscu i czasie nie należy do łatwych, każdy zdaje się w nim odnajdować. Na wyspie znajduje się również kościół, do którego uczęszcza większość mieszkańców, zauważyć jednak też można drobne elementy poprzednich wierzeń – figurki na szczęście czy runy.

Wtedy dzieje się coś nieprawdopodobnego – coś, co wygląda jak z innego świata, coś, czego nikt wcześniej nie widział – sztorm, który pojawił się grudniowej zimy 1617 roku w ciągu kilku minut pozbawia życia 40 rybaków – prawie wszystkich mężczyzn z Vardo. Katastrofę, której nikt się nie spodziewał oglądamy oczami Maren, która straci w niej narzeczonego, brata i ojca. Pozostawionym samym sobie kobietom nie przyjdzie łatwo odbudowanie się po tej tragedii, ale po pewnym czasie okazuje się, że świat o nich nie zapomniał, a ich niezależność i samodzielność nie jest mile widziana.

Z drugiej strony, narracja prowadzi nas oczami młodej kobiety, córki armatora z Bergen, której romantyczne wizje małżeństwa i miłości, zostają brutalnie zderzone z rzeczywistością. Jej ojciec wydaje ją za mąż za osobę, którą większość osób w ówczesnym świecie uzna za świetną partię – Komisarz nie tylko zdążył już zdobyć uznanie władzy, ale przy tym wydaje się być kulturalny i dobrze wychowany. Niestety, z każdą odkrywaną przez niego kartą nadzieje i wyobrażenia Ursy obracają się wniwecz i stanie się jedną z niewielu osób w otoczeniu swego męża, które nie tylko nie pochwalają jego osiągnięć, ale którą te osiągnięcia brzydzą i odpychają.

Niestety, zarówno w przypadku kobiet z Vardo jak i Ursuli z Bergen – ich zdanie jako kobiet znaczy tyle, co nic, a im bardziej starają się temu przeciwstawić, tym większy opór napotykają. Książka Kiran Milwood Hargrave oparta jest na faktach, reszta stanowi oczywiście fikcję literacką, niemniej jednak w moim odczuciu autorce doskonale udało się przedstawić realia tamtych czasów. Z wielkim wyczuciem i wrażliwością wprowadzi nas w relacje między kobietami w osadzie i pozwoli wczuć się w panujące tam nastroje i klimat. Drobne i niewinne konflikty, naturalne w podobnych społecznościach, odegrają tu olbrzymią rolę i przyczynią się do tragicznego zakończenia. Będziemy również obserwować rodzącą się powoli zakazaną miłość pomiędzy dwiema z bohaterek. Miłość, która nie miała prawa zaistnieć w tamtym świecie. Przede wszystkim jednak, autorka pokarze nam świat, rządzony przez mężczyzn i im podporządkowany. Świat, w którym kobieta nie może mieć własnego zdania, nie może ubierać się zgodnie z upodobaniem czy wykonywać pracę uznaną za „męską” – choćby od tego zależało, czy przetrwa.

Każda kolejna strona tej książki rodziła we mnie coraz mocniejsze uczucie bezsilnej złości i niedowierzania. Mimo, że wiemy jaki będzie jej finał, zdaje się być on niemniej zaskakujący niż dla jej bohaterek. „Kobiety z Vardo” uświadamiają też jak wiele musiało się wydarzyć, jak bardzo długą drogę musiały przejść kobiety i jak bardzo musiało zmienić się społeczeństwo, żeby być w miejscu w którym jest teraz – przynajmniej w części świata. W Vardo 40 mężczyzn zginęło w sztormie. Po absurdalnych procesach i oskarżeniach o czary życie – w głównej mierze poprzez spalenie na stosie – straciło tam 91 kobiet.

Polecam tą ciężką ale genialną lekturę każdemu bez wyjątku – żeby zrozumieć, poczuć i zmusić do refleksji, gdyż pojawiające się tam problemy – chęć władzy, zawiść i nierówności społeczne są aktualne również w XXI wieku.


Dziękuję wydawnictwu Znak Literanova za egzemplarz recenzencki książki.


Autor recenzji: Anna Tomaszewska
Tytuł: Kobiety z Vardø
Autor: Kiran Millwood Hargrave
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Wydawnictwo: Znak Literanova
Premiera: 30 września 2020

 

Gra bardzo imprezowa – „Podaj dalej! Bez cenzury” (Recenzja)

„Chłopcy Jo” Louisy May Alcott (recenzja)

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych.
Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.
Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij