Są takie książki, które wciągają mnie nie fabułą – choć ta potrafi zachwycić – ale ludźmi. A właściwie tym, co ukrywa się w ich spojrzeniach, w przerwach między słowami, w drobnych niedopowiedzeniach. Takich, które potrafią zawisnąć w powietrzu jak krótki trzepot kruczego skrzydła albo zniknąć w kącie równie cicho jak mysz, gdy wyczuwa niepokój.

„Co robią cienie, gdy nie patrzymy” to powieść, której bohaterowie żyją przeszłością. Tworzą własne muzeum wspomnień i zostają w nim kustoszami. A to często złe i niebezpieczne…
Do zasypanego śniegiem pałacu Denhoffów zjeżdża się na święta Bożego Narodzenia cała rodzina. Pałac – odcięty od świata, pogrążony w bieli i pulsujący chłodem – jest nie tylko dekoracją tej historii. Jest jej uczestnikiem. Reaguje na emocje, pochłania szepty, wzmacnia to, co niewygodne. A zegary, choć stoją w tych samych ścianach, wybijają różne godziny – jakby każdy pamiętał inną wersję wydarzeń. W tym pałacu przeszłość nie śpi w ramach – ona krąży po korytarzach.
Z każdym kolejnym dniem staje się jasne, że nikt nie przyjechał tu naprawdę „na święta”. Mroźne powietrze, skrzypiące podłogi i przygaszone światła zawieszają między bohaterami coś dużo cięższego niż świąteczne życzenia. I właśnie wtedy dzieje się to, co musiało w końcu wypłynąć na powierzchnię – w tajemniczych okolicznościach ginie senior rodu.
Do pałacu przybywa Jakub Getling, policjant z Warszawy, zesłany na prowincję bardziej za karę niż z potrzeby kadrowej. Obcy, niechciany, z góry skreślony. Nikt mu nie ufa. Nikt nie ma ochoty z nim rozmawiać. Tu każdy woli patrzeć w stronę kominka niż w oczy śledczego.
„Zamiejscowy. Chyba aż z Warszawy. Wścibski. Od początku wtyka nos w cudze sprawy”.
Czy Getling poradzi sobie z tym śledztwem? I skąd właściwie tak nagle pojawił się w progach pałacu – przypadek, obowiązek, a może coś, o czym jeszcze nikt nie chce mówić?
Śledztwo zaczyna układać się jak nieśpieszna partia szachów, w której każdy ruch wykonany przez Getlinga natychmiast spotyka się z cichą odpowiedzią pałacu. Ktoś przesuwa pionki, ktoś blokuje drogę, ktoś próbuje odwrócić uwagę. A on musi przewidzieć kilka posunięć naprzód, choć połowa figur wciąż stoi w cieniu. Tyle, że czasu jest coraz mniej – bo zanim zrozumie układ na szachownicy, z gry znikają kolejne figury.
Napięcie rośnie, a pałac zdaje się wstrzymywać oddech za każdym razem, gdy Getling zbliża się do prawdy. Kto pierwszy powie „szach mat” w tej partii – on, czy pałacowe zło?
Wśród wielu ciekawych postaci w tej historii mnie najbardziej zapadł w pamięć służący Iwan – człowiek, który w każdej scenie wydaje się wiedzieć więcej, niż wypada. Gdyby wsadzić go do słynnej lokomotywy Tuwima, to już po chwili opuściłby pierwszą klasę i przesiadł się do wagonu pełnego grubasów zajadających tłuste kiełbasy – bo właśnie tam, w hałasie i zapachu dymu, krążą najciekawsze sekrety.
Nie sposób też pominąć hrabiny Polańskiej – pojawia się na chwilę, ale jej ruch jest tym jednym muśnięciem figury, które nagle zmienia całą partię. Bez niej śledztwo nie wskoczyłoby na właściwy tor.
Po lekturze zostaje w człowieku chłód – taki jak ten, który unosi się w murach pałacu Denhoffów. Chłód, po którym trudno od razu wrócić do ciepłych, bezpiecznych historii.
Polecam – bo rzadko trafia się historia, która jednocześnie zachwyca, niepokoi i zostawia w człowieku coś, co jeszcze długo nie daje spokoju.
PS. Nie chce mi się wierzyć, że Róża tak źle ulokowała swoje uczucia.
„Jej małżeństwo od początku było nieudane. Krakowscy artyści, czemu się dziwić?”
No i chyba kakao nie będzie moim ulubionym napojem na podczas wyjazdów.
Autor recenzji: Anna Joanna Brzezińska
Tytuł: Co robią cienie, gdy nie patrzymy
Autor: Maciej Paterczyk
Wydawnictwo: Wydawnictwo Lira
Data premiery: 28.01.2026
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Lira