Są książki, które zaczyna się „na chwilę”, a kończy z poczuciem, że coś w człowieku pękło. „Połaniecka” jest właśnie taka – nie daje komfortu, nie daje dystansu, nie pozwala oderwać się od tej historii nawet wtedy, gdy bardzo by się chciało. To nie jest zwykła opowieść o śledztwie. Ma w sobie coś z kryminału, ale bije mocniej, głębiej, bardziej realnie – bo wyrasta z prawdziwej historii, która wydarzyła się naprawdę i której echo czuć w każdym akapicie. To duszny, przytłaczający obraz tego, jak strach potrafi zdominować sumienie – krok po kroku, człowieka po człowieku. Emocjonalny cios, po którym trudno dojść do siebie.

W wigilijną noc, na ciemnej szosie, zostaje brutalnie zamordowana rodzina. Autokar pełen świadków milczy. Nikt nie krzyczy, nikt nie rusza się z miejsca. Jakby strach odciął im głosy i przykleił do siedzeń.
Poręba to nie Dziki Zachód. Tutaj śledztwa ucisza się szybciej niż zdążą paść pierwsze pytania – byle nie porysować fasady socjalistycznego raju. W papierach zapisano więc jedno słowo: „wypadek”.
Czy człowiek z zewnątrz coś zmieni? Sprawcy musieli czuć się wyjątkowo pewnie nie tylko wobec sąsiadów oraz krewnych, ale również wobec władz…
Do Poręby trafia porucznik z Nowej Huty, Oskar Grewling. Nie zna tutejszych układów, nie łączą go z nikim szkolne wspomnienia, nikomu nic nie zawdzięcza – i może właśnie dlatego szybciej niż ktokolwiek inny dostrzega, jak szczelna jest tu zmowa milczenia. Z każdym dniem coraz bardziej męczy go przedzieranie się przez tę milczącą ścianę, która oplata Porębę niczym ciężka mgła. Każdy krok wymaga mozolnego oddzielania prawdy od fałszu, nawet tam, gdzie wszystko powinno być oczywiste. I choć Poręba nie chce go u siebie, on nie zamierza odpuścić – bo coś w tej sprawie nie pozwala mu przejść obok. Bo jeśli nie on, to kto?
W tej sprawie wszystko opiera się na słowach. Na urwanych zdaniach, półprawdach, spojrzeniach uciekających w bok. Miejsce zbrodni dawno przestało być wiarygodne – dowody zniszczono, pominięto albo uznano za „nieistotne”, a pierwsza sekcja zwłok została wykonana tak pobieżnie, że bardziej zaszkodziła, niż pomogła. Grewling nie ma więc nic poza zeznaniami. Składa tę historię jak potłuczoną szybę: kawałek po kawałku, wiedząc, że część elementów zniknęła, część ktoś ukrył, a część celowo porysował.
Każdy świadek mówi inaczej, każdy coś pamięta, ale nikt nie mówi wszystkiego. To śledztwo nie jest biegiem po tropach, lecz próbą rekonstrukcji wydarzeń z materiału, który sam w sobie jest skażony – mozolnym rozbijaniem skorupy, która latami chroniła winnych i uniewinniała tchórzy. Bo tutaj zło nie ma jednej twarzy. Ma ich kilkadziesiąt, wszystkie odwrócone w drugą stronę.
Wielgus nie epatuje przemocą, nie rozciąga opisów na tanie efekty. Przeciwnie – pisze oszczędnie, precyzyjnie, czasem z niemal reporterskim chłodem. I właśnie przez to działa to mocniej. W tej powściągliwości jest siła, która zostawia przestrzeń na nasze własne emocje: szok, złość, bezsilność.
„Połaniecka” to nie jest książka, którą odkłada się na półkę. Ona zostaje w człowieku. Zostaje w pytaniach, które nie dają spokoju. W obrazach wracających w najmniej oczekiwanych momentach. W poczuciu, że prawda bywa krucha, a milczenie potrafi zabić drugi raz.
To historia, która boli – ale właśnie dlatego warto ją przeczytać. Bo nie tylko pokazuje, do czego zdolni są ludzie, gdy boją się tak bardzo, że przestają czuć cokolwiek. Pokazuje też, jak ważne jest, by choć jedna osoba nie przeszła obok tego obojętnie.
Zdecydowanie nie było mi miło poznać Porębian. Ani przez chwilę nie uwierzyłam, że ktokolwiek z nich był słodki jak chleb z miodem. Identico – wszyscy tacy sami w tym swoim: „nic nie wiem, nic nie widziałem”.
PS. Zastanawia mnie tylko, czy na okładce na pewno wylądował SAN H100.
Autor recenzji: Anna Joanna Brzezińska
Tytuł: Połaniecka
Autor: Grzegorz Wielgus
Wydawnictwo: Wydawnictwo Initium
Data premiery: 29.01.2026
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Grzegorzowi Wielgusowi
