Z Jędrzejem Pasierskim – autorem uwielbianego przez czytelników cyklu powieści kryminalnych o Ninie Warwiłow rozmawiamy m.in. o jego najnowszej książce pt. ,,Kły”.
Niedawno miała premierę Twoja najnowsza powieść pt. „Kły”, która zbiera świetne recenzje zarówno wśród blogerów, jak i czytelników. Przez wielu z nich uznawana jest za Twoją najlepszą książkę. Wszyscy jednogłośnie podkreślają, że cykl o Ninie Warwiłow fantastycznie pokazuje, jak rozwijasz swój talent i warsztat pisarski (jak dojrzewasz jako pisarz). Ogromne gratulacje. Czy masz podobne odczucia i czy z tego „dziecka” jesteś najbardziej dumny, czy wręcz przeciwnie masz sobie coś do zarzucenie i gdybyś mógł, to chętnie byś coś poprawił/zmienił?
Dziękuję za dobre słowa. Cieszę się, że Tobie się podobała. Serio, to zawsze patrzę na indywidualną opinię. „Kły” napisałem nieco podobnie jak „Źródło”. W zasadzie pisałem te dwie powieści ciągiem, stąd krótsza przerwa między nimi, a także chciałem skonkludować prywatny wątek Niny. Natomiast wiodącym motywem tych dwóch książek była przyjemność pisania. Czasami cierpię na „nadkontrolę” słów, ale zmieniłem to ostatnio i pozwoliłem sobie w tych powieściach na pewnego rodzaju swobodną narrację, miejscami może nawet gawędę. Jeśli wyszło dobrze – to się cieszę. W końcu i tak moje powieści nie są specjalnie rozwlekłe jak na kryminalne, a mam poczucie, że czytelnicy pragną bogatszego i bardziej zniuansowanego świata. „Kły”, jak wiele moich powieści, mają rozbudowaną intrygę i sporo trudności było ze spięciem wszystkich wątków. W tym momencie nic bym nie poprawił, czyli ogólnie jestem zadowolony (śmiech). Pewnym przywilejem bycia doświadczonym autorem (a przynajmniej autorem „dwucyfrowym”) jest to, że nauczyłem się już unikać pewnych radykalnych błędów, które sprawiają, że człowiek ma ochotę później wycofać cały nakład. Nie przejmuję się tak drobnostkami, których zresztą teraz nie widzę, a powieść napisałem na luzie; zarazem dość spójnie z koncepcją, którą przyjąłem na starcie.
Nina Warwiłow tym razem bierze pod lupę myśliwych, którzy mieli już dosyć patrzenia im na ręce i wytykania wszelkich nieprawidłowości. Śmierć lokalnej aktywistki była im zdecydowanie na rękę. Polowania to temat od wielu lat budzący kontrowersje. Po jednej stronie mamy zagorzałych zwolenników, po drugiej przeciwników. Jaki Ty masz stosunek do myśliwych? (Jeśli jesteś zwolennikiem czy masz legitymację myśliwską?)
Rzecz jasna nie mam legitymacji myśliwskiej i nie będę miał. Nie chcę tutaj zabierać głosu, bo jako autor bardziej przedstawiam sytuację, która mnie frapuje. Interesowała mnie od lat pewnego rodzaju walka o lasy magurskie, gdzie stykają się trzy potężne siły: myśliwi, Park Narodowy i Lasy Państwowe. Śmielej wypowiadam się w tym temacie w książce niż tutaj w wywiadzie, dlatego, że w usta bohaterów mogę włożyć więcej, często radykalnych wręcz poglądów, bo są to postaci literackie i oni przedstawiają różne punkty widzenia. Niewątpliwie to temat bardzo aktualny, ale też istotny i kontrowersyjny. U nas w Beskidzie Niskim budzący spore emocje. Więc w moim rozciągniętym projekcie literackim pt. „Beskid Niski” musiało się to znaleźć.
Dla mnie zawarta w tym jest jeszcze taka poboczna historia, która nie wiem, czy została dostrzeżona. To historia pewnego rodzaju „wabienia” młodego człowieka. Antek, jeden z narratorów, początkowo jest sceptycznie nastawiony do myślistwa, które w jego rodzinie reprezentuje jego wujek; ale siła, jaką reprezentuje ta grupa, zaczyna oddziaływać na młodego człowieka. Choć nie wiemy, jak to się skończy, widzimy jak „neutralny” człowiek może stać się myśliwym.
W „Kłach” zapraszasz nas na łemkowskie Święta Bożego Narodzenia. Czy miałeś okazję uczestniczyć w tych świętach? Próbowałeś tradycyjnych łemkowskich wigilijnych potraw? Jakiś zwyczaj zapadł Ci w pamięć?
Jak wiadomo, staram się fizycznie doświadczyć tego, o czym piszę (byłem nawet na wycieczce z psimi zaprzęgami). Zamierzałem uczestniczyć: miałem zaproszenie od mojej koleżanki ze szkolnej ławki na wigilię łemkowską w tym roku, ale po prostu nie dojechałem. Przyszedłem tydzień później do jej domu rodzinnego i zrobiliśmy taką, można powiedzieć, drugą wigilię. Rozmawialiśmy o obyczajach łemkowskich i odtwarzałem to sobie później – siłą opowieści i wyobraźni.
W książce pojawia się zagadnienie samopomocy sąsiedzkiej. Spotykasz się z tym na co dzień? Myślisz, że takie usługi powinny być opłacane (np. przez gminę)?
Ten wątek jest pewnego rodzaju fantazją. Aż do tego stopnia nie widziałem „samopomocy” która wiązałaby całą wieś. Ludzie często żyją odrębnie nawet w małych miejscowościach. Być może bardziej chodziło mi o pewien proces psychologiczny, gdzie jedna silna, czasem nie do końca stabilna psychicznie osoba, dyryguje wszystkimi innymi i wytycza reguły gry. Owe reguły nawet jeśli są absurdalne, przez długi czas są przez innych akceptowane.
„Kły” to tom, w którym (myślę, że ku uciesze nie tylko mojej) zapraszasz czytelników dość odważnie do prywatnego świata Niny. Czy taki był zamiar, czy przyszło to naturalnie podczas pisania?
Myślę, że to przyszło naturalnie. Zabawnie, że o tym mówisz, bo w jednej z recenzji przeczytałem, że jest mało tego wątku. Ale to tylko dowodzi faktu, że co czytelnik to opinia. „Kły” są pewnego rodzaju zakończeniem mini projektu, który rozpocząłem „Martwym klifem” i kontynuowałem „Źródłem”. A szerzej można by nawet uznać, że pewnego rodzaju zakończeniem wątku, który rozpocząłem w „Roztopach”. Jest to wątek prywatny, intymny Niny, więc siłą rzeczy musiało tu być jej trochę więcej. Poza tym nie jest tajemnicą, że ma drugie dziecko: chłopca. Zatem pewne jej refleksje na temat macierzyństwa i rodzicielstwa powinny tu być zawarte, aby opowieść była wiarygodna.
Nie ukrywam, że bardzo spodobała mi się postać Stefana Koraba, czy pojawi się on jeszcze w tej serii, czy jest to raczej bohater jednej książki?
Trudno mi powiedzieć, bo nie planowałem, ale akurat jest to postać, która może wrócić. Przynajmniej tak sobie teraz na bieżąco myślę… (śmiech)
Karpiuk był nazywany najsłynniejszym psem gończym z Gorlic, Nina – wilczycą. A Ty do jakiego zwierzęcia porównałbyś siebie, jeśli mówimy o polskiej scenie kryminalnej? (i dlaczego?)
Dobre pytanie. Z pewnością nie byłbym żadnym wilkiem, ani niedźwiedziem. Może jakimś dzikim kotem, np. manulem? To takie rzadkie koty, które często odwiedzam we wrocławskim zoo. Zamieszkują często górskie tereny.
W „Kłach” podobnie jak we wcześniejszych książkach pojawia się sporo ciekawostek o które chciałabym zapytać w odniesieniu do Ciebie. Mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko i zdradzisz nam co nieco. Co Jędrzej Pasierski trzyma z tyłu regału za najnudniejszymi książkami?
Inne książki (śmiech). Niestety książki muszą często stać w dwóch rzędach. Wydaje się jednak, że jeśli ktoś ma kilka albo kilkanaście tysięcy książek to niezła kryjówka. Wszystko ostatecznie sprowadza się więc do książek.
Jesteś kolekcjonerem zegarków czy może zegarki mogłyby dla Ciebie nie istnieć i w zupełności wystarczy Ci smartfon? (jeśli tak – proszę pochwal się, jak dużą masz kolekcję)
Lubię zegarki wskazówkowe, których mam cztery i w pewnym momencie faktycznie myślałem, aby rozwinąć kolekcję. Ale mój temperament to nie zbieranie, a wyrzucanie rzeczy (śmiech). W tym drugim jestem świetny, nie cierpię gromadzenia, stąd stanęło na czterech, a poza tym dostałem w prezencie zegarek, który spełnia wszystkie moje potrzeby i głównie tego używam. Zegarki wskazówkowe mają w sobie szlachetność, zwłaszcza lubię takie napędzane ruchem dłoni, bo one mogą „żyć” wiecznie. Żadnej baterii, jest tylko i wyłącznie mechanizm bez udziału elektroniki; fascynuje mnie to. Często nie noszę zegarka, ale jeśli zakładam, nieco jak mój bohater Adam Korycki czuję, jak świat wraca do właściwego porządku. Natomiast raczej nigdy nie będę miał smartwatcha (próbowałem i błyskawicznie go zepsułem).
Będąc w górach chodzisz szlakami czy zdarza ci się je opuszczać?
Zazwyczaj je opuszczam. Wielokrotnie mówiłem sobie, żeby tego nie robić, bo wikłam się w kłopoty. Raz naprawdę poważnie się zgubiłem w węgierskich górach. Myślałem, że z nich nie wyjdę. Oczywiście w Beskidzie Niskim to inna sprawa; tam nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby chodzić po szlakach; mniej więcej zawsze wiem, gdzie jestem, a jak nie – to trudno, jakoś dojdę. Generalnie mam do jakiegoś stopnia wyczucie kierunków bez kompasu.
Czy Jędrzej Pasierski uległ modzie i liczy kroki? Jeśli tak – masz ustawiony jakiś dzienny/tygodniowy cel?
Raczej nie jestem w ten sposób skonstruowany, żeby ulegać modom (a jak ulegam to zazwyczaj robię to z gigantycznym opóźnieniem). Ale przyznam zaciekawiło mnie to i może przez tydzień sprawdzałem, ile zrobiłem kroków, a robiłem wówczas ogromne ilości. Wkrótce o tym zapomniałem, jako człowiek ogólnie „analogowy”. Kiedy idę na spacer, a często chodzę, to po prostu idę. Najbardziej wiosną, latem lubię zdjąć buty i idę sobie boso. Nie sprawdzam, gdzie jestem ani ile przeszedłem. Często nie mam ze sobą nawet telefonu: po prostu idę przed siebie.
Twoje ulubione młodzieżowe słowo. I dlaczego jest to dziaders?
Ha, nie wiem czy jest moje ulubione słowo, z początku sceptycznie do niego podchodziłem jak do nowomowy, ale potem dostrzegłem że jest pewnego rodzaju zapotrzebowanie w społeczeństwie na ten termin (śmiech) i dlatego się przyjęło. Przypuszczam, że nie tylko wśród młodzieży, ale także i starszych. I słusznie, bo takie rzeczy jak „mansplaining” to problemy dzisiejszego świata.
Sweter z alpaki – Twój ulubiony outfit na zimę?
Nie, ale może kogoś zainteresuje fakt, że miałem w pewnym momencie kolekcję aż trzech. Stąd inspiracja. Niestety nie przetrwały próby czasu, ale dzięki za przypomnienie, bo jeden jeszcze mam (niezwykle piękny) i może niedługo go Wam zademonstruję. Kilkanaście lat temu spędziłem dwa miesiące w Ameryce Południowej. Generalnie, kiedy jestem dłużej w danym miejscu, zupełnie wyzbywam się zachodnich ciuchów, i ogólnie zachodniego wyglądu (jeśli kiedykolwiek go miałem). Chodzę już tylko i wyłącznie ubrany w ubrania robione ręcznie, kupione na targach i jest mi w tym bardzo dobrze. Myślę, że mógłbym tak żyć, przemierzać kraje i wiecznie przyswajać nowe obyczaje, ubiór, kulturę… adaptować się.
Czy Jędrzej Pasierski podobnie jak nadkomisarz Karpiuk słucha ciągle tej samej muzyki w aucie? Jakie dźwięki królują w Twoim samochodzie?
Wstydliwe (śmiech). W domu lubię słuchać uspokajającej relaksującej muzyki (bardzo często np. RMF Classic), ale w samochodzie lubię muzykę pobudzającą; zwłaszcza kiedy mam długą trasę do pokonania, a przeważnie jeżdżę w pojedynkę i dla pobudzenia często wybieram z oferty radiowej utwory powiedzmy „taneczne” – których normalnie nie słucham, ale mają działanie pobudzające. I tak wiecznie liczę, że trafię na jakąś klasyczną, rockową balladę, przy której od razu pojawiają mi się łzy w oczach i zaczynam śpiewać na cały głos. Wspaniała to sprawa, że nikt nie słyszy.
Najlepszy wegański pasztet jest z…(proszę dokończ zdanie).
Nie przepadam (śmiech).
I na zakończenie – czy planujesz powtórzyć akcję i ponownie spotkać się z czytelnikami na górskim szlaku?
Trudno mi powiedzieć. To była raczej jednorazowa akcja, która wymagała zaangażowania kilku osób, a niestety nie zakończyła się spektakularnym frekwencyjnym sukcesem (śmiech). Ale to może również dlatego, że były zmienne warunki pogodowe… Ostatecznie akcja okazała się fajną przygodą, także i dla mnie. Najbardziej realną opcją dla Państwa, dla Czytelniczek i Czytelników są opowieści, które snuję na spotkaniach autorskich, na które niezmiennie zapraszam.
Rozmawiała: Anna Joanna Brzezińska
Zdjęcia: Łukasz Giza



