O pracy z aktorami, emocjach ukrytych w ciele oraz o tym, dlaczego forma jest jedynie efektem ubocznym opowiadania historii, opowiada twórca spektaklu inspirowanego powieścią Mary Shelley, reżyser Kamil J. Przyboś. Już w lutym i w marcu będziecie mogli zobaczyć spektakl między innymi w Krakowie, Warszawie czy Wrocławiu.
Monika Matura: Skąd pomysł, aby klasyczną opowieść Mary Shelley przetłumaczyć na język teatru tańca i
akrobatyki?
Kamil J. Przyboś: Cóż, lubię klasyczne teksty – mam wrażenie jakby klasyczna oś dramatyczna była nie do
pobicia przez współczesne czy awangardowe eksperymenty. W klasyce znajduję to „coś” co inspiruje i napędza wyobraźnię. Co do „tłumaczenia” tekstu na taniec i akrobatykę, to ja chyba tego po prostu tak nie postrzegam. Dla mnie teatr to teatr. Dobieram takie środki wyrazu, aby spektakl był nieustannie ciekawy i estetycznie wysmakowany; co więcej, aby pewne wątki uwypuklić lub nadać im nowe znaczenie. Zatem taniec, światła, muzyka, akrobacje — to wszytko to tylko efekt uboczny próby przedstawienia widzom historii w możliwie najatrakcyjniejszy i najciekawszy sposób.
Co w tej historii przemawia do Ciebie najbardziej i czy Twoim zdaniem opowieść ta wciąż niesie ze sobą aktualne przesłanie?
Prawdę mówiąc nie znam aktualnego przesłania powieści. Na pewno jest mnóstwo ludzi literacko dużo mądrzejszych ode mnie, którzy znają przesłanie książki. Ja go nie widzę. Niektórzy mówią, że to o zabawie w Boga, ale właściwie nie wiem, co za tym przesłaniem idzie, bo sama autorka nie specjalnie to ocenia, nie komentuje. Książka na pewno porusza wiele wątków, ale jakie jest „przesłanie” powieści – tego nie wiem. Natomiast to, co do mnie najbardziej przemawia, to to jak wybitnie autorka uchwyciła te wszystkie stany i zmagania emocjonalne Wiktora.
W swojej adaptacji mniej skupiasz się na potworze, a bardziej koncentrujesz się na ludzkim wymiarze historii. Jak wpadłeś na to, by przyjąć ten punkt widzenia i jak to wpłynęło na konstrukcję spektaklu?
Wydaje mi się, że to jednak sama autorka wpadła na pomysł zrobienia z Wiktora postaci pierwszoplanową, a właściwie to nawet tytułową. Zatem tutaj nie miałem za bardzo na co wpadać. Wystarczyło, aby z powieści gotyckiej nie robić na siłę popkulturowego horroru, a skupić się na tym co napisała sama autorka.
Osadzenie „Frankensteina” w kontekście teatru tańca i akrobatyki to ciekawy zabieg, co ten specyficzny język ruchu wnosi w opowieść, czego słowa nie potrafiłyby oddać?
„Frankenstein” to dość obszerna powieść, która przeplata sporo ciekawych wątków i jest pełna pięknych niuansów, które fantastycznie działają w książce, ale nie przekładają się na scenę. Co do formy ruchowej samego spektaklu to nie wiem, czy to cokolwiek „wnosi do opowieści”. Jak już wspomniałem wybrana forma nie jest zabiegiem, tylko efektem ubocznym starań nad przekazaniem historii w możliwe najatrakcyjniejszy sposób (zarówno pod względem widowiskowości, jak również emocji). Wiem natomiast, co taka forma „wynosi z teatru”. Wynosi rutynę, nudę i przewidywalność.
W zapowiedzi możemy przeczytać, że: „Mrok przeplata się tu z pięknem, a ruch, światło i muzyka stają się językiem emocji, których nie sposób wyrazić słowami”. Czy możesz opowiedzieć, jak pracowałeś z realizatorem świateł nad budowaniem atmosfery?
Tutaj chyba nie ma niczego odkrywczego. Marcin Smiatek jest po prostu wybitnym reżyserem świateł. Praktycznie to wygląda tak: kiedy próby są już na ostatniej prostej, zapraszam Marcina na obejrzenie całości (czasami jest to tylko wysłanie nagrania). Następnie trochę gadamy o detalach i nagle puffff… Marcin robi całą magię. Coś co może można by nazwać naszym tajnym składnikiem przy wspólnych produkcjach to to, że ja go traktuję jak scenografa, a nie „elektryka”, a znowu Marcin czyta uważnie cały scenariusz, a nie tylko sekcje dla “oświetleniowca”.
Chciałabym zapytać o emocje ukryte w ruchu. Jak pracujesz z tancerzami-aktorami nad tym, by ich ciała nie tylko wykonywały choreografię, ale też „opowiadały” historię?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Pracuję z każdym tak, jakbym pracował z aktorem stricte dramatycznym. Rozmawiamy o postaci, o scenie i o emocjach jakie chcemy osiągnąć. Możliwe, że kiedy każdy z wykonawców ma postać czy wyraźne zadanie do wykonania, wtedy opowiadanie historii (poprzez ruch) pojawia się samoistnie. Nie mam pojęcia.
„Frankenstein” porusza tematy odpowiedzialności nauki, samotności, ludzkiej ambicji. Ciekawi mnie, jak wpasowuje się ono w realia teraźniejszości, AI, bioinżynierię i technologię?
Nie wydaje mi się, żeby sama Mary miała na celu intensywny dyskurs z nauką. Co prawda pojawiają się różne komentarze, ale zdają się bardziej krytykować szarlatanów i pseudonaukę, niż samą ludzką potrzebę zrozumienia jak działa świat. Naturalnie, można wyciągać różne analogię do współczesnych technologii, ale nie wiem czemu miałby one służyć. Przeciwnicy takich technologii zapewne będą czytać powieść jako ostrzeżenie, że pewne eksperymenty mogą prowadzić do “stworzenia potwora”; natomiast z drugiej strony książka wielokrotnie sugeruje, że „potwór” był w zasadzie dobry, to społeczeństwo zrobiło z niego monstrum – czyli technologia dobra, ludzie źli. Każdy będzie to interpretować po swojemu.
W każdym razie nie próbowaliśmy komentować rzeczywistości, a już w szczególności AI, które osobiście uważam za kolejny technologiczny hype, ale to temat na osobną rozmowę. My po prostu chcieliśmy przekazać fantastyczną historię, w fantastyczny sposób, aby widz przeżył fantastyczny wieczór. I tak już żyjemy w czasach kiedy, każdy ma mnóstwo opinii w każdym temacie. Chciałbym, aby ludzie w teatrze dostali coś innego, a nie więcej tego samego.
Jak wyglądały pierwsze prace nad spektaklem? Czy wszystko szło zgodnie z początkową wizją, czy też coś „przekształciło się” w trakcie prób?
Właściwie za każdym razem, kiedy aktorzy zaczynają czuć scenę, albo nawet zmagać się z nią, wtedy coś zaczyna się przekształcać. I to jest dobre, bo powoduje, że scena staje się bardziej wiarygodna, naturalna, aktorzy zaczynają wypełniać ją swoim życiem, swoimi wątkami, relacjami i niuansami, których nie da się wymyślić na papierze, a wnoszą mnóstwo spontaniczności i życia całemu spektaklowi. Co więcej, przy pracy pojawiają się różne trudności. Gdy tylko spojrzy się na te “trudności” nie jak na problem do rozwiązania, tylko okazję do rewizji swoich pomysłów – przeważnie prowadzi do jeszcze lepszych rozwiązań, niż te z oryginalnego scenariusza.
Czy w trakcie pracy nad „Frankensteinem” pojawiły się jakieś elementy, które stały się Twoimi ulubionymi, mimo że nie były częścią pierwotnej koncepcji?
Tak, ale opisywanie ich tutaj, zabiłoby niespodziankę widzom, którzy przyjdą na spektakl.
Czy aktorzy/tancerze mieli wpływ na finałową formę spektaklu?
Absolutnie tak! Wręcz uwielbiam, kiedy różne pomysły wypływają od wykonawców. To samo tyczy się twórców spektaklu, czyli Kasi Pawarskiej (kostiumy) oraz Ady PankowskiejMichalczyk (choreograf) — obie dziewczyny spowodowały, że wiele moich pierwotnych pomysłów wydaje się być słaba w porównaniu do tego co same zaproponowały, według własnej interpretacji scenariusza czy prac na próbach.
Co chciałbyś, aby widz wyniósł z tego spektaklu po opuszczeniu sali?
Katharsis.
Spektakl można zobaczyć:
7 lutego, 15:00, Kraków,
7 lutego, 19:00, Kraków
8 lutego, 15:00, Wrocław
8 lutego, 19:00, Wrocław
12 lutego, 19:00, Bolesławiec
15 lutego, 15:00, Legnica
15 lutego, 19:00, Legnica
21 lutego, 15:00, Głogów
21 lutego, 19:00, Głogów
28 lutego, 15:00, Bielsko-Biała
28 lutego, 19:00, Bielsko-Biała
5 marca, 18:00, Toruń
14 marca, 15:00, Warszawa
14 marca, 19:00, Warszawa
15 marca, 15:00, Lublin
15 marca, 19:00, Lublin
Bilety można zakupić tutaj.


