„Malachit” to kontynuacja, która nie tylko trzyma poziom pierwszego tomu, ale momentami zaciska czytelnikowi dłoń na gardle jeszcze mocniej. Wierzba doskonale wie, jak budować napięcie i jak sprawić, by niepokój zostawał z czytelnikiem na długo. To kryminał gęsty, duszny i mroczny – taki, od którego naprawdę trudno się oderwać.

Po ostatnich działaniach Dekera w rozmowach między policjantami mówiono o nim tygodniami. Jedni chcieli go sprzątnąć, inni widzieli w nim materiał na awans, a byli też tacy, którzy twierdzili, że psa, który gryzie własnego pana, oddaje się do schroniska. I tak Leon trafia do Niezgody – miejsca zapomnianego przez Boga i ludzi, komisariatu, o którym większość wolałaby nie pamiętać.
„Czuł się jak na wakacjach, tyle że nigdzie tutaj nie słychać było szumu fal, a o drinku z parasolką mógł jedynie pomarzyć”.
Tyle że w Niezgodzie spokój jest tylko pozorny. Miasteczkiem rządzi Szeryf jeżdżący Chevroletem Silverado, z Peacemakerem przy biodrze, a układy i zależności są tu gęstsze niż okoliczne mokradła. W takim miejscu jedno jest pewne: jeśli nie wiesz, gdzie stoją konfitury, daleko nie zajdziesz.
Deker trafia na sprawę, która dawno powinna zostać zamknięta – tyle że ktoś bardzo pilnował, by nikt nie wracał do przeszłości. W latach 90-tych na tych terenach znikały dziewczyny. Sprawcę niby złapano, śledztwo odhaczono, ale zło rzadko znika tak łatwo.
Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autor prowadzi Leona Dekera. To bohater z ciężarem na plecach, z własnymi demonami i z charakterem, który nie pozwala mu odpuścić, nawet wtedy, gdy rozsądek podpowiada coś zupełnie innego. Nie jest papierowy, nie jest przezroczysty i zdecydowanie nie daje o sobie zapomnieć. To właśnie tacy bohaterowie sprawiają, że kryminał nie kończy się na samej zagadce, ale zostaje z czytelnikiem na dłużej. „Wrocławiak” nie odpuszcza – nawet jeśli musi nauczyć się łowić ryby i udawać, że nad wszystkim panuje. Zwłaszcza gdy gdzieś z tyłu głowy uparcie wraca obraz żółtego Porsche Boxstera kupionego przez żonę😉
Wierzba pisze obrazowo i konkretnie, bez zbędnych ozdobników. Umie budować napięcie, prowadzić emocje i – co w kryminale cenię szczególnie – świetnie gra niepewnością. Tu nic nie jest podane na tacy, a kiedy wydaje się, że już złapałeś właściwy trop, autor szybko udowadnia, że to dopiero początek tej gry. „Malachit” nie pędzi na oślep. On sączy się powoli – i właśnie dlatego działa tak dobrze.
To kryminał dla tych, którzy lubią historie mroczne, wielowarstwowe i takie, w których przeszłość wraca z siłą większą, niż ktokolwiek chciałby przyznać. A jeśli ktoś przy okazji liczy na praktyczne wskazówki – cóż, wygląda na to, że najlepszą samoobroną jest prawy prosty, lewy prosty i prawy sierpowy. Chyba warto zapamiętać tę kombinację – tak na wszelki wypadek😉
Choć bardziej lubię kolor zielony, to w bitwie na kamienie wygrywa u mnie agat. Bo choć „Malachit” jest bardzo dobry, gęsty i hipnotyzujący, to jednak to właśnie „Agat” mocniej wbił mi się głębiej pod skórę.
Autor recenzji: Anna Joanna Brzezińska
Tytuł: Malachit
Seria: Sumienia półszlachetne
Autor: Michał Wierzba
Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B.
Data premiery: 23.04.2026
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.