
Zanim przejdziemy do książki, zapytam wprost: jak dobrym graczem w szachy jest Dawid Sakowski? I czy właśnie szachy nauczyły Cię budowania napięcia w fabule?
Szczerze mówiąc, sam nie jestem wybitnym szachistą – kiedyś coś tam próbowałem grać, ale to nie moja dyscyplina. Skąd więc te szachy w książce? Inspiracja przyszła z życia. Mój nauczyciel z praktyk zawodowych był zapalonym graczem i potrafił o szachach opowiadać godzinami. To od niego podpatrzyłem, jak ta gra wymusza logiczne myślenie, przewidywanie ruchów przeciwnika i strategiczne planowanie. Przeniosłem to na fabułę „Napięcia Krytycznego” – ułożyłem akcję tak, aby cała intryga w fabryce była jak partia szachów rozegrana między dyrektorem a pracownikami.
Gdzie przebiega granica między Twoim doświadczeniem a literacką fikcją? Co było autobiograficzne, a co całkowicie wymyślone?
Z wykształcenia jestem technikiem elektrykiem, więc świat szaf sterowniczych, rozdzielni, kabli i procedur bezpieczeństwa to moje codzienne środowisko naturalne. Pod tym względem opisy techniczne są w 100% prawdziwe. Co ciekawe, mnóstwo autentycznych sytuacji z mojego życia prywatnego i zawodowego przelałem na postać profesora. Sceny takie jak wspólne malowanie modelu, domowe gotowanie zupy, a nawet tak prozaiczny, ale frustrujący moment, w którym profesora bezczelnie ochlapuje przejeżdżający autobus – to wszystko wydarzyło się naprawdę! Zależało mi, aby te postacie były z krwi i kości. Z kolei cała intryga, wątek sabotażu i dramatyczna walka z czasem w fabryce „Atmosfera” to już oczywiście literacka fikcja, którą stworzyłem, aby dostarczyć czytelnikom mocnych wrażeń.
Włocławek i Zazamcze mają w „Napięciu krytycznym” własny głos – czy ważniejsza była dla Ciebie dokumentalna dokładność, czy raczej emocjonalna i symboliczna prawda tego miejsca?
Jedno i drugie jest ważne, ale z przewagą emocji. Włocławek to moje miasto, a Zazamcze ma swój specyficzny, niepowtarzalny klimat. Zależało mi na dokładności, żeby mieszkańcy, czytając książkę, bez problemu rozpoznali ulice, zakręty i tutejszy klimat. Chciałem jednak przede wszystkim oddać ducha tego miejsca – Włocławka z jego potężnym przemysłowym sercem i ludźmi, którzy twardo stąpają po ziemi. To nie jest tylko zwykle tło; Włocławek ma w tej historii swój własny głos.

Cofasz czytelnika do przełomu milenijnego. Czy wracając do tamtego czasu, kierowała Tobą nostalgia, czy raczej chęć pokazania świata stojącego u progu wielkiej zmiany?
To był fascynujący moment w historii – słynny przełom tysiącleci, lęki przed „pluskwą milenijną” (Y2K) i czas, kiedy analogowy świat gwałtownie zderzał się z wchodzącą cyfryzacją. Oczywiście, jest w tym trochę nostalgii za minionymi latami, ale przede wszystkim chciałem pokazać ten moment zawieszenia. Świat stał wtedy u progu rewolucji technologicznej. Systemy w zakładach przemysłowych, które dotychczas kontrolował człowiek za pomocą fizycznych przełączników, zaczęły być oddawane w ręce pierwszych komputerów. To idealny moment na osadzenie thrillera.
Technologia w Twojej powieści momentami wymyka się spod kontroli ludzi. Na ile jest to komentarz do współczesności, w której coraz więcej decyzji oddajemy systemom i algorytmom?
To bezpośredni komentarz do tego, co dzieje się tu i teraz. Dzisiaj automatyzacja i algorytmy kierują niemal każdym aspektem naszego życia. Jako technik elektryk wiem, jak genialne, ale też jak kruche potrafią być te systemy, gdy zabraknie prądu albo dojdzie do spięcia w szafie sterowniczej. „Napięcie Krytyczne” to przestroga: im bardziej zaawansowana technologia, tym większe konsekwencje jej awarii lub celowego sabotażu w takim miejscu jak fabryka. Oddając kontrolę maszynom, często zapominamy, że na końcu zawsze musi być człowiek z krwi i kości, gotowy podjąć ręczną, intuicyjną decyzję.
Staszek „Filozof” kradnie całe zasilanie narracji – czy od początku miał być tak wyrazisty, czy „napisał się” sam?
(śmiech) Filozof kradnie całe zasilanie, bo… istnieje naprawdę! To mój autentyczny kolega z pracy, z którym dzielę codzienne obowiązki zawodowe. Kiedy planowałem książkę, wiedziałem, że muszę przenieść jego niesamowity charakter, specyficzne poczucie humoru i życiowa mądrość na papier. Tacy ludzie są sercem każdego zakładu przemysłowego – to barwni, doświadczeni przez życie fachowcy, którzy potrafią jedną celną ripostą rozładować największe krytyczne napięcie podczas awarii. W trakcie pisania po prostu pozwoliłem mu być sobą. To dlatego ta postać ma w sobie tyle naturalnej energii i tak mocno trafia do czytelników.

Skąd pomysł na mapę Włocławka i słowniczek pojęć elektrycznych? Czy zależało Ci na edukacyjnym wymiarze, czy raczej na zanurzeniu czytelnika w świecie bohatera?
Głównym celem było maksymalne zanurzenie czytelnika w świecie przedstawionym. Chciałem, żeby każdy, nawet osoba całkowicie niezwiązana z techniką, otwierając książkę, poczuła się tak, jakby realnie weszła na teren fabuły. Mapa pozwala fizycznie śledzić trasę bohaterów po Włocławku, a słowniczek pojęć elektrycznych powstał po to, by branżowe zwroty nie dystansowały czytelnika, lecz pozwalały mu zrozumieć powagę sytuacji, kiedy w fabryce zaczynają dziać się rzeczy niebezpieczne. Przy okazji cieszę się, jeśli książka ma walor edukacyjny i przybliża świat elektryki.
Czy bałeś się, że branżowe smaczki zawężą grono odbiorców – czy wręcz przeciwnie, liczyłeś, że dodadzą autentyczności?
Miałem z tyłu głowy taką obawę, ale postawiłem na autentyczność. Polscy czytelnicy są zmęczeni powtarzalnymi, klasycznymi kryminałami o detektywach z problemami. Rynek potrzebował czegoś świeżego, dlatego postawiłem na rasowy, mocny thriller przemysłowy. Ta techniczna nisza i elektryczne smaczki – zamiast odpychać – stały się największym atutem książki. Pierwsze recenzje, w tym maksymalna ocena od portalu Sztukater (6/6) czy Blonderki (8/10), potwierdziły, że czytelnicy doceniają ten realizm. Prawdziwe procedury budują autentyczny, gęsty klimat strachu.
Książka powstała i została wydana Twoim własnym sumptem. Co było trudniejsze: pisanie czy decyzja, by pójść tą drogą do końca?
Pisanie wymagało dyscypliny, ale to była czysta pasja i kreacja. Prawdziwe wyzwanie zaczęło się przy self-publishingu. Decyzja o wydaniu książki własnym sumptem wymagała ode mnie wejścia w rolę wydawcy, managera i marketingowca. Musiałem zapanować nad drukiem, logistyką i promocją w social media. To była trudna, ale niesamowicie satysfakcjonująca droga. Dzięki temu mam 100% kontroli nad moim projektem i bezpośredni, bezcenny kontakt z ludźmi, którzy zamawiają książkę prosto ode mnie na Allegro czy Instagramie.

Jakie „krytyczne napięcie” towarzyszyło Tobie jako autorowi już po postawieniu ostatniej kropki?
Największe napięcie pojawia się w momencie, gdy oddajesz gotowy thriller w ręce pierwszych recenzentów i czytelników. Kiedy wysyłałem egzemplarze, czułem się jak przy otwartej szafie sterowniczej podczas poważnej awarii na zakładzie – tętno sto osiemdziesiąt i pytanie: „Czy to zadziała?”. Gdy spłynęły pierwsze opinie, a średnia ocen od czytelników m.in. na portalu Lubimyczytać ugruntowała się na poziomie kapitalnych 8,1/10, to krytyczne napięcie w końcu opadło, ustępując miejsca ogromnej dumie.
Jeśli czytelnik po zamknięciu „Napięcia krytycznego” miałby zabrać ze sobą tylko jedną myśl, jedno pytanie lub jeden niepokój, co chciałbyś, żeby zostało z nim najdłużej?
Chciałbym, żeby czytelnik po zgaszeniu światła zadał sobie pytanie: jak bardzo jesteśmy bezpieczni w świecie, który bez prądu, sprawnych maszyn i systemów sterowania w zakładach przemysłowych przestaje funkcjonować? Chcę, aby zostali z refleksją, że za każdym działającym urządzeniem i bezpieczną produkcją stoi potężna, skomplikowana machina oraz ludzie, którzy każdego dnia dbają o to, by to tytułowe napięcie w fabryce nie stało się krytyczne.
Rozmawiała: Anna Joanna Brzezińska