„Najzabawniejsze śledztwo roku” – przeczytałam na okładce. Cóż… to była odważna obietnica.

Po zamknięciu książki doszłam do wniosku, że nie będę jej pamiętać ze względu na samą zagadkę. Będę ją pamiętać dzięki dialogom, bohaterom i całej kolekcji absurdalnych obserwacji, które zanotowałam podczas lektury.
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Eduarda Mendozy, więc nie miałam żadnych oczekiwań ani punktu odniesienia. Weszłam w ten świat w ciemno i przez długi czas całkiem dobrze się bawiłam. Absurd goni absurd, bohaterowie podejmują decyzje, które trudno uznać za racjonalne, a Organizacja działa według zasad, które u osoby przyzwyczajonej do planowania, procedur i logicznego działania mogą wywoływać lekkie drżenie powieki.
Żadnych notatek. Żadnych telefonów komórkowych. Pełna anonimowość. Instrukcje przekazywane przez zaszyfrowane komunikaty nadawane w radiu. I podobno ten system działa od lat.
Przyznam, że momentami Organizacja fascynowała mnie bardziej niż samo śledztwo. Bo jeśli na coś można tam liczyć, to na niekompetencję, niedbałość i brak zarządzania. Patrząc na sposób jej funkcjonowania, sam fakt przetrwania należy uznać za spektakularny sukces.
I właśnie tutaj pojawia się mój największy problem z tą książką.
Nie dlatego, że czytało mi się ją źle. Czytało mi się ją zaskakująco dobrze. Problem w tym, że ekscentryczni bohaterowie, absurdalne dialogi i osobliwe życiowe prawdy zostają w głowie znacznie mocniej niż sama intryga.
A to jednak zagadka powinna być najsmaczniejszą sardynką w tej puszce.
Swoją drogą, jedna z bohaterek twierdzi, że przyzwoita kobieta nie zapisuje swoich myśli. Patrząc na liczbę notatek, które zrobiłam podczas lektury, od początku byłam stracona.
Rozbawiły mnie rozważania o influencerach i niemodnych już czerwonych paznokciach. Przyznam, że czytałam ten fragment z klasyczną czerwienią na dłoniach i przez chwilę miałam wrażenie, że autor postanowił przeprowadzić ze mną bardzo osobistą dyskusję. Szkoda tylko, że jakieś dwadzieścia lat za późno.
Prawdziwą królową tej książki została jednak dla mnie matka jednej z agentek. Kobieta, która marzyła o homoseksualnym synu i karierze piosenkarza w rodzinie, a zamiast tego dostała bezużyteczną córkę oraz męża nieboszczyka, którego sama wcześniej zastrzeliła.
Podobnie było z rekrutacją do Przetworów Fernandez. Nie ukrywam, że po jej przeczytaniu przez chwilę rozważałam wysłanie tam CV. Co prawda dział kreatywny zawsze pozostawał poza moim zasięgiem, ale może dawne doświadczenia ze śledziami okazałyby się wystarczającą rekomendacją?
I właśnie dlatego długo nie mogłam zdecydować, jaką ocenę tej ksiazce wystawić.
Bo im bardziej próbuję przypomnieć sobie trzy zagadki, tym bardziej uciekają mi z pamięci. Za to bez trudu przypominam sobie Przetwory Fernandez, radiowe „Nocne Marki”, zakaz notatek i lizaka za dobre sprawowanie. To chyba mówi samo za siebie.
Być może Eduardo Mendoza miał dobre intencje, ale w moim odczuciu efekt końcowy okazał się nieco… wybrakowany. Tak, to słowo zostało użyte całkowicie świadomie 😉
Moja ocena: 6,5/10
Nie wiem, czy po tej książce wzrośnie sprzedaż konserw. Nie wykluczam. Wiem natomiast, że jeśli lubicie ekscentryczne postacie, dziwaczne dialogi i absurd rządzący światem bardziej niż logika, możecie odnaleźć się w tej historii lepiej niż ja.
Absurd smakował dobrze. Szkoda tylko, że sama zagadka okazała się najmniej wyrazistym składnikiem tej konserwy.
Autor recenzji: Anna Joanna Brzezińska
Tytuł: Trzy zagadki dla organizacji
Autor: Eduardo Mendoza
Przełożył: Tomasz Pindel
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data premiery: 15.07.2026
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova