„Łysa Śpiewaczka” jest niewątpliwie ważnym dla teatru dziełem, godnie reprezentującym teatr absurdu. Jest to jedno z topowych przedstawień Teatru Praska 52, z powodzeniem zajmującym się teatrem klasycznym, w tym ze szczególnym uwzględnieniem komedii.

W dobie obecnego teatru dochodzi często do charakterystycznego uwspółcześniania sztuk klasycznych, co zazwyczaj zdaje egzamin i jest dobrym trendem. Zdarza się, że jest to czynione na siłę, ale najczęściej faktycznie to działa. Miło jest jednak czasem zaglądnąć do ostoi klasycznego teatru absurdu – Teatru Praska 52, gdzie mamy do czynienia z klasyką niezanieczyszczoną przez współczesne rysy.
„Łysa Śpiewaczka” powstała w połowie ubiegłego wieku w Paryżu i od razu podbiła serca francuskiej, a następnie również zagranicznej publiczności. Co ważne, do dziś dzień uważana jest za jedno z najważniejszych dzieł teatru absurdu. Jej premiera z resztą liczy się jako początek tego nurtu w dramaturgii. Geneza powstania sztuki jest jednocześnie absurdalna i zabawna. Dramaturg i autor sztuki – Eugene Ionesco ucząc się angielskiego z podręcznika, zwrócił uwagę na absurd występujących po sobie zdań – nie miały ze sobą one powiązania logicznego. Napisał więc jako żart sztukę inspirowaną treścią owego podręcznika. Początkowo tytuł miał brzmieć tak samo jak tytuł podręcznika – „Angielski, miło, łatwo i przyjemnie”, jednak w końcu stanęło na tytule. który a jakże, musiał brzmieć jeszcze bardzie absurdalnie – „Łysa śpiewaczka”.
W spektaklu nie znajdziemy klasycznych perypetii – logicznie przedstawionego ciągu zdarzeń, ułożonych chronologicznie. Nie ma tu napięcia dramatycznego, nie niesie ona żadnej historii – autor przewrotnie nazwał go antysztuką, z występującymi tam antybohaterami. Ale czy fakt, że sztuka treściowo nie ma sensu, znaczy, że nie ma sensu jej oglądać na scenie? Ależ jest!
Przede wszystkim wśród tych oparów absurdu wybija się doskonała gra aktorska, która sprawia, że sztuka płynie gładko, po falach pozbawionych logiki działań. Reżyser Jan Korwin – Kochanowski świetnie prowadzi swoją świtę, w której wybija się szczególnie Daniel Piskorz w roli strażaka i Maria Kopiec jako służąca Mary. Aktorzy odtwarzający role dwóch małżeństw – Martinów i Smithów, również doskonale wpasowują się w dynamikę na scenie. A co tam się dzieje! Scena aż mieni się barwami i to zarówno metaforycznie jak i dosłownie. Absurdalne sytuacje, pełne komizmu postaci i sytuacyjnego, sprawiają, że z zafascynowaniem śledzimy losy postaci, których działań nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Mocno do widza trafia prześmiewcza forma, w której dotykana jest tematyka relacji oraz wyśmianie „brytyjskości” państwa Smith, tak charakterystyczne dla sztuki Francuzów.
Co do dosłownych barw – minimalistyczna, acz pełna wyrazu scenografia i egzaltowane kostiumy, charakteryzacja i fryzury – to wszystko tworzy spójną, dynamiczną całość (szczególnie jestem entuzjastką pajęczyny we włosach).
Czy coś może być wyzwaniem? Warto pamiętać, że spektakl nie został uwspółcześniony, a więc humor z lat 50. może dziś momentami wydawać się ciężki lub lekko męczący. Szczególnie konteksty okołoerotyczne, które kiedyś szokowały lub bawiły do łez, dziś są dla widza czymś mniej odkrywczym. Nie każdemu przypadnie do gustu ten rodzaj humoru. Ale czy to coś odbiera spektaklowi? W żadnym wypadku.
Właśnie w tym tkwi wartość tej inscenizacji – mamy szansę oglądać „Łysą Śpiewaczkę” tak, jak oglądali ją widzowie w 1951 roku. Bez współczesnych naleciałości, bez prób udowadniania, że klasykę trzeba za wszelką cenę „odświeżyć”. Możemy się uśmiechnąć, może nie zawsze zaśmiać do rozpuku, ale na pewno zanurzyć się w tej wyjątkowej, absurdalnej atmosferze.
Czy warto iść do Teatru Praska 52 na „Łysą Śpiewaczkę”? Bez dwóch zdań – wpadajcie!
Spektakl obejrzany dzięki uprzejmości Teatru Praska 52.
Teatr wznawia działalność już od września – warto śledzić repertuar!
Repertuar jesienny: https://praska52.ckpodgorza.pl/repertuar-listopad
