Horrory przyciągają do kin rzesze widzów, a co gdyby stworzyć spektakl, którego akcja dzieje się w Polsce i wykorzystuje nasze wierzenia, przesądy i mity.
Już sam tytuł zapowiada grozę, ale podszytą czymś swojskim, bliskim, rozpoznawalnym. I rzeczywiście: nie jest to horror w klasycznym, gatunkowym sensie. To raczej opowieść o lękach, które nie potrzebują nadnaturalnych potworów, bo doskonale radzą sobie bez nich. W końcu Polska zbudowana jest na mitach i wierzeniach. Mamy nawet swoje słowiańskie bestariusze, a w ostatnim czasie coraz większą popularnością cieszą się szeptuchy. Wyreżyserowana przez Marcina Libera opowieść, to wiwisekcja naszych lęków i wierzeń.
Już od wejścia na salę wczuwamy się w nastrój, towarzyszy nam zielona poświata, w której skąpana jest cała sala. Światło to będzie towarzyszyło nam przez cały spektakl. Lądujemy na cmentarzu, z dwoma youtuberami, którzy polują na duchy. I nawet im się to udaje, spotykają górala kolaboranta i niewiastę, której nie wiedzieć czemu, ktoś wbił kołek w serce. To jednak nie wszystko, bo przyjdzie nam śledzić losy rodziny wampirów. Stworzenia próbują odnaleźć się wśród ludzi i kultywować swoje dziedzictwo. A do tego całego galimatiasu dostajemy jeszcze Muzę, która przypomina znane influencerki i krwiożercze media, które chętnie opiszą jej każdą wpadkę.

Twórcy spektaklu sięgają po estetykę horroru, ale wykorzystują ją jako narzędzie do opowiedzenia historii o współczesnej Polsce, jej napięciach społecznych, zbiorowych traumach i mechanizmach wykluczenia. To horror, który nie straszy, tylko powoli buduje niepokój. Widz nie tyle się boi, co zaczyna rozpoznawać znane schematy, i to właśnie okazuje się najbardziej niekomfortowe. Spektakl zadaje pytanie: czy największym źródłem grozy nie jesteśmy przypadkiem my sami, jako wspólnota?
Twórcy balansują na granicy groteski i powagi, momentami ocierając się o absurd. Humor, często gorzki, rozładowuje napięcie tylko po to, by za chwilę spotęgować je jeszcze bardziej. Scenografia i światło budują atmosferę niepewności, a warstwa dźwiękowa działa niemal podprogowo, wzmacniając poczucie zagrożenia. Nie ma tu jednej linii fabularnej, to raczej kolaż scenek. Nie przeszkadza nam to jednak, bo w zdecydowanej większości bawimy się dobrze!

Dużą rolę w spektaklu odgrywa muzyka grana na żywo przez zespół Nagrobki. Muzycy nie zawiedli, miałam okazję ich posłuchać podczas spektaklu „Lepper. Będziemy wisieć albo siedzieć” i piosenki z tego przedstawienia mocno się do mnie przykleiły. Tym razem było podobnie. Wokalnie warto wspomnieć też o Karolinie Kazoń, której wokal zachwyca i wnosi dużą wartość do przedstawienia. To kunszt wokalno-aktorski w czystej formie.
To nie jest spektakl jednoznaczny, wprost przeciwnie, zostawia widza z wieloma pytaniami. Nie daje komfortu, raczej konfrontuje. I być może właśnie dlatego działa. To teatr, który nie straszy tym, co nieznane, ale tym, co aż za dobrze znane. A to bywa znacznie bardziej niepokojące.
Autorka recenzji: Monika Matura
Tytuł: Polish Horror Story
Tekst: Jarosław Murawski
Reżyseria: Marcin Liber
Obsada:
Karolina Kazoń – MUZA
Magdalena Osińska – ZOŚKA
Marta Waldera – MATKA / REDAKTORZYNA O WYGLĄDZIE PINGWINA
Wojciech Dolatowski – DORIS / ARNIE
Rafał Dziwisz – WACŁAW / SZEF WSZYSTKICH SZEFÓW
Daniel Malchar – GUSTAV
Antoni Milancej – WOLF
Dominik Stroka – NARĄBANY IDEAŁAMI DZIENNIKARZ PROSTO Z WESELA
