To nie jest opowieść przypominająca baśnie braci Grimm. Tu nie ma morału, który koi – jest świat, który brudzi ręce i sumienie. W „Drodze krwi” Marek Krajewski prowadzi nas prosto do Wałbrzycha – miasta, w którym krew miesza się z pyłem węglowym, a prawda bywa najmniej istotna.

Galgenberg, Wzgórze Szubieniczne. Blady świt i ciała dwojga kochanków splamione krwią. To od tej sceny zaczyna się historia, która nieuchronnie prowadzi w głąb – do świata, w którym władza i pieniądz rządzą niepodzielnie. Do miasta, które stało się Babilonem.
W samym środku tego świata jest Herbert Anwaldt, który rozpoczyna pracę wśród syfilityków w szpitalu górniczym. U boku Friedy Bernhaus – lekarki równie błyskotliwej, co niebezpiecznie uwikłanej w realia tego świata – uczy się nie tylko medycyny, ale też tego, jak cienka potrafi być granica między namiętnością a destrukcją. Tymczasem przez góry przemykają Wilczyce – zbiegłe więźniarki, które żyją poza prawem i nie znają litości. Na mieszkańców zaczyna padać blady strach.
Śledztwo toczy się swoim torem, ale jego kierunek wyznaczają nie tylko fakty. Tu liczą się wpływy, decyzje podejmowane w cieniu i układy, których nikt nie wypowiada na głos. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że nikt tak naprawdę nie chce poznać prawdy. Czy Anwaldt będzie w stanie to zmienić? Nie pozostaje bierny. To już nie jest ten sam młody, naiwny idealista. Dojrzał. Zmężniał. Nauczył się dostrzegać więcej. I choć rzeczywistość próbuje go wciągnąć w swoje układy, on wciąż szuka własnej drogi. Walczy o prawdę. O uczucia. I o to, by Frieda nie stała się kolejną marionetką w rękach możnych tego świata.
Relacja między Herbertem a lekarką to jeden z najmocniejszych wątków tej powieści – intensywna, pełna napięcia i nieoczywista. Iskry lecą – i trudno się od tego oderwać… choć momentami aż człowiek się rumieni.
W tle tej historii pojawia się również doskonale znany Eberhard Mock – i choć nie wychodzi na pierwszy plan, jego obecność ma wyraźny ciężar. Tym razem sam zdaje się wpadać we własne, dobrze mu znane „imadło”, a Wałbrzych staje się dla niego miejscem nie tyle ucieczki, co próby.
Na uznanie zasługuje język. Precyzyjny, soczysty, prowadzony z wyczuciem – niemal jak dotyk Herberta Anwaldta na ciele Friedy. Autor operuje słowem jak wirtuoz, a tę historię czyta się nie tylko z zainteresowaniem, lecz także z prawdziwą przyjemnością. Nie brakuje tu również charakterystycznego dla Krajewskiego humoru – dyskretnego, momentami kąśliwego.
„Droga krwi” jest bardziej bezpośrednia, bardziej cielesna, pozbawiona tej metafizycznej mgły, którą znamy z „Głosu z piekła”. Tu zło nie szepcze – ono działa, ma ciężar, konsekwencje i konkretną twarz.
Czyta się to jak zejście pod ziemię – głębiej i głębiej, aż zaczyna brakować powietrza.
Ode mnie mocne 9/10.
PS. Nie wiedziałam, że pluskwy pachną malinami… Człowiek całe życie się uczy – choć zdecydowanie nie jest to wiedza, którą chciałabym kiedyś sprawdzić na własnej skórze😉
Autor recenzji: Anna Joanna Brzezińska
Tytuł: Droga krwi
Seria Wałbrzyska (Tom I)
Autor: Marek Krajewski
Wydawnictwo: Znak
Data premiery: 03.06.2026
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak
