Na Instagramie często pokazujesz Chicago i swojego psa Vito (który, umówmy się, czasami skutecznie kradnie Ci show). Mam wrażenie, że to miasto zajmuje w Twoim życiu wyjątkowe miejsce. Skąd wzięła się Twoja fascynacja Chicago? Czy najpierw pojawiła się miłość do miasta, a dopiero później osadziłeś tam swoje historie, czy może było odwrotnie – to pisanie sprawiło, że spojrzałeś na Chicago w zupełnie szczególny sposób?
Tak, Chicago jest dla mnie wyjątkowym miejscem. Ale nie tylko samo Wietrzne Miasto, lecz także całe Stany Zjednoczone. A skąd to się wzięło? Po pierwsze, już we wczesnym dzieciństwie często odwiedzałem Chicago. Na jego przedmieściach, a dokładniej w miejscowości Elk Grove Village, w której rozpoczyna się historia „Prześmiewcy”, mieszka moja rodzina. To mocno wpłynęło na moje przywiązanie zarówno do Chicago, jak i do Stanów Zjednoczonych, które miałem okazję zwiedzić niemal wzdłuż i wszerz jeszcze jako nastolatek. Podróże były więc pierwszym powodem. Drugim i jednocześnie tym, który miał największy wpływ na moją fascynację Ameryką, była szeroko pojęta popkultura. Jako dziecko dorastające w Polsce pod koniec lat 90. chłonąłem wszystko, czym częstowała mnie telewizja. Filmy Quentina Tarantino, gangsterskie produkcje z Alem Pacino i Robertem De Niro, „Kevin sam w domu” (który przecież również powstawał w okolicach Chicago), mnóstwo seriali, w tym animowanych, takich jak „Family Guy”, to wszystko sprawiło, że dosłownie złapałem fioła na punkcie amerykańskiej kultury i stylu życia. Do tego dochodziła jeszcze muzyka. Słuchałem przede wszystkim amerykańskiego rocka, trochę rapu i w pewnym momencie powstała z tego naprawdę wybuchowa mieszanka… Ale ten prawdziwy wybuch nastąpił dopiero wtedy, gdy dostałem swój pierwszy komputer i zacząłem grać w Grand Theft Auto. Nie zliczę godzin spędzonych przy tych grach, które wręcz ociekają amerykańskim klimatem. Co ciekawe, często nawet nie wykonywałem misji. Zdecydowanie więcej czasu spędzałem na zwykłym jeżdżeniu po mieście i czerpaniu przyjemności z przemierzania tych wirtualnych amerykańskich aglomeracji. Najpierw było GTA: Vice City, potem San Andreas, następnie GTA IV, GTA V… i właściwie trwa to do dziś. Teraz odliczam dni do premiery GTA VI. Niebawem znów poczuję się jak ten mały dzieciak i pewnie spędzę kilka nocy, jeżdżąc po wirtualnym Miami, które jest moim drugim ukochanym miejscem w Stanach Zjednoczonych. Mogę Ci zresztą zdradzić, Anno, że od dwóch lat (czyli wiadomo, jak to u mnie, że bardzo powoli) pracuję nad kolejną powieścią, której akcja będzie rozgrywała się między innymi właśnie na Florydzie. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. A jeśli mam odpowiedzieć już wprost na Twoje pytanie, najpierw pojawiła się miłość do Wietrznego Miasta, a dopiero później narodził się „Prześmiewca”.
„Prześmiewca” nieustannie zmusza czytelnika do zastanawiania się, czym właściwie jest zło. Czy podczas pisania sam znalazłeś odpowiedź na to pytanie?
Nie. Nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie, choć życie często zmuszało mnie i nadal zmusza do tego, by je sobie zadawać, a tym samym próbować na nie odpowiedzieć. To temat, którego nie da się w pełni wyczerpać nawet na ponad pięciuset stronach powieści. W „Prześmiewcy” świadomie go poruszyłem, ale w końcowym rozdziale dochodzę do wniosku, że nie istnieje jedna, gotowa odpowiedź. I właśnie to najlepiej oddaje moje spojrzenie na naturę zła.

Logan Blue budzi jednocześnie odrazę i fascynację. Czy zdarzyło się, że podczas pisania sam byłeś zaskoczony decyzjami, które podejmował?
Wbrew pozorom to pytanie jest ściśle powiązane z poprzednim. Logan jest przecież pierwszoplanową kukiełką tej powieści, poruszaną za pomocą linek narratora, która w pewnym momencie powinna jasno się określić. A jednak – jak sama zauważyłaś – jednocześnie budzi odrazę i fascynację. Mam nadzieję, że takie odczucia towarzyszą czytelnikom aż do ostatniego rozdziału. Tak najczęściej bywa również w życiu. Bardzo łatwo oceniamy decyzje innych ludzi, przypisując je do kategorii dobra albo zła, jakby każdy z nas doskonale wiedział, co te pojęcia naprawdę oznaczają. Jakby miały wyraźnie przyklejoną etykietę. A przecież wcale nie jest to takie oczywiste. W „Prześmiewcy” świadomie chciałem wyjść poza strefę komfortu tworzenia jednowymiarowego bohatera. Pozwoliłem ponieść się wyobraźni i przede wszystkim powstrzymałem się od oceniania Logana. Dzięki temu jego decyzje mnie nie zaskakiwały. Zachowałem chłodną głowę i starałem się patrzeć na niego z dystansem. To bardzo pomogło mi prowadzić przez fabułę nie tylko Logana, lecz także pozostałych bohaterów, nie narzucając czytelnikowi gotowych ocen. Być może właśnie dlatego niektórzy odbierają narratora, a po części również mnie, jako osobę gruboskórną.
Przez większość książki miałam wrażenie, że przed Krukiem Prześmiewcą nie da się uciec – nawet wtedy, gdy nie ma go na pierwszym planie. W którym momencie zrozumiałeś, jak ważną rolę odegra w tej historii?
Od samego początku. Już na etapie planowania fabuły wiedziałem, że Kruk Prześmiewca będzie fundamentem całej historii. W książce wyjaśniam, kim jest, a przedstawione informacje są zgodne z wierzeniami Czirokezów. I rzeczywiście przed Krukiem Prześmiewcą nie da się uciec. Niezbyt często możemy go zobaczyć. Nie możemy odkryć, co czuje ani jakie ma zamiary. I wydaje mi się, że właśnie dlatego jest aż tak interesującą postacią. W pewnym sensie pozostaje niedostępny.

Która scena z „Prześmiewcy” była najtrudniejsza do napisania i dlaczego? Czy wynikało to z ciężaru emocjonalnego, researchu, czy może obawy o reakcję czytelników?
Pewnie zaskoczę niektórych czytelników odpowiedzią na to pytanie. Brutalne sceny, dopracowywanie fabuły czy inne rzemieślnicze prace nad powieścią nie sprawiły mi większych problemów. Piszę przede wszystkim dla siebie, dla własnej satysfakcji i z pasji. Kiedy tworzę, nie zastanawiam się nad tym, jak poszczególne sceny zostaną odebrane. Gdybym pisał z myślą o spełnianiu oczekiwań innych, pewnie szybko straciłbym z tego przyjemność. Natomiast podczas pracy nad „Prześmiewcą” napotkałem jeden naprawdę duży problem. Chodziło o wplecenie wierzeń Czirokezów (w „Prześmiewcy” stały się one częścią kultury wymyślonego przeze mnie ludu Araponahe) w powieść, która jest przecież dynamiczna i oparta na dialogach. Zdradzę Ci, że w pierwszych wersjach „Prześmiewcy” to narrator zasypywał czytelnika informacjami o wierzeniach Czirokezów. Łącznie zajmowało to kilkanaście stron. Ze względu na moje zainteresowanie rdzennymi mieszkańcami Ameryki miałem na ten temat naprawdę sporo do powiedzenia i chciałem podzielić się tą wiedzą z czytelnikami. Jednak po kilku kolejnych redakcjach doszedłem do prostego wniosku. Skoro sam nudziłem się podczas czytania i miałem ochotę jak najszybciej przejść do następnego rozdziału, to znaczy, że z tym fragmentem było coś nie tak. Dlatego podczas ostatniej redakcji wybrałem najważniejsze informacje dotyczące Czirokezów i Kruka Prześmiewcy, a następnie rozdzieliłem je pomiędzy bohaterów, którzy opowiedzieli o nich w dialogach.
Jakiej jednej myśli lub emocji nie chciałbyś zostawiać czytelnikowi po zamknięciu ostatniej strony „Prześmiewcy”?
Nie chciałbym, żeby Logan Blue wzbudzał jedynie odrazę. Sądzę, że byłoby nie w porządku, gdyby ktoś przeczytał „Prześmiewcę” bardzo szybko i bez chwili refleksji jednoznacznie ocenił Logana. Mam nadzieję, że nawet jeśli ktoś go ostatecznie potępi, to wcześniej spróbuje zadać sobie pytanie, skąd właściwie wzięło się zło, które stopniowo w nim narastało.

Minęło zaledwie kilka tygodni od premiery „Prześmiewcy”. Czy dziś potrafisz już spojrzeć na tę książkę oczami czytelnika, czy nadal widzisz w niej przede wszystkim autora przy pracy?
Nie. I chyba nigdy nie potrafiłem spojrzeć na swoje powieści oczami czytelnika. Nie jestem pisarzem na pełen etat. Nie wydaję wielu książek rocznie, choć zdarza mi się w ciągu jednego roku napisać kilka krótkich powieści (może raczej szkiców) i bezpiecznie zapisać je na dysku laptopa. Pisanie jednej książki przez kilka lat, przy jednoczesnym prowadzeniu zwyczajnego życia, które raz przynosi piękne chwile, a innym razem wystawia człowieka na próbę, siłą rzeczy wpływa na ostateczny kształt powieści. Kiedy dziś wracam do poszczególnych rozdziałów „Prześmiewcy” (co nie zdarza się często, choć ostatnio robiłem to, wybierając fragmenty do publikacji na Instagramie), przypominają mi się konkretne okresy mojego życia. Pamiętam, w jakich okolicznościach pisałem dany rozdział, co wtedy przeżywałem, gdzie wtedy byłem. To bardzo osobiste doświadczenie. A czytelnik dostaje gotową historię. Czasami nie jest w stanie dostrzec całego ładunku emocjonalnego ukrytego między wierszami, który towarzyszył mi w czasie pracy nad tą książką… Ale może właśnie na tym polega cała magia literatury? Być może nie powinien móc odczytać tego wszystkiego tak łatwo.
Czy zdarzyła się już opinia czytelnika, która całkowicie Cię zaskoczyła?
Najbardziej zaskakują mnie (oczywiście pozytywnie) opinie, z których wynika, że decyzja o wprowadzeniu do „Prześmiewcy” dziś już niemodnego narratora gawędziarza była dobrym pomysłem. To właśnie jego byłem najmniej pewien. Bywały momenty, kiedy podczas kolejnych redakcji poważnie zastanawiałem się, czy całkowicie z niego zrezygnować.

Czy Vito pomaga Ci zachować równowagę między mrocznym światem tworzonych historii, a codziennością?
Vito jest ze mną od nieco ponad roku. To tak naprawdę jeszcze psi nastolatek, któremu chciałbym pokazać jak najwięcej świata. Nie było go jeszcze ze mną, kiedy pracowałem nad „Prześmiewcą”. Towarzyszył mi natomiast podczas ostatnich szlifów powieści „Jak uratować Święta”, która jesienią tego roku będzie miała premierę. Czy był pomocny? Zdecydowanie tak. Dzięki niemu mogłem bez wyrzutów sumienia odejść od laptopa i wyjść na spacer. Jego oczy wpatrujące się we mnie i szorstkie pazurki drapiące mnie po nodze wystarczą, żebym na chwilę zapomniał o deadline’ach i całym tym zawrotnym tempie życia, w jakim na co dzień funkcjonuję.
Jesteś autorem thrillerów, literatury grozy, fantastyki i powieści obyczajowych. Gdybyś miał już nigdy nie napisać książki w jednym z tych gatunków, z którego byłoby Ci najtrudniej zrezygnować?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ każda z moich książek jest mieszanką wielu gatunków. Nigdy nie napisałem typowej powieści obyczajowej, choć „Błękitowi” często przypina się taką łatkę. Dla mnie to przede wszystkim połączenie fantastyki, literatury przygodowej i romansu. Elementy powieści obyczajowej pojawiają się gdzieś na samym końcu, przynajmniej w moim odczuciu. Po „Prześmiewcy” też widać, że nie jest to po prostu thriller. Zresztą najlepiej pokazują to recenzje, bo jedni określają go thrillerem psychologicznym, inni kryminałem, horrorem, a jeszcze inni dostrzegają w nim mocny wątek obyczajowy. Gdybym jednak miał uogólnić odpowiedź, to myślę, że najtrudniej byłoby mi zrezygnować z tych mroczniejszych historii. Nie tyle z samego thrillera, ile właśnie z thrillera psychologicznego.
Rozmawiała: Anna Joanna Brzezińska
Zdjęcie z prywatnej kolekcji autora.

