Z Tomaszem Duszyńskim rozmawiamy o „Trupie na Nilu”, fenomenie Staszka Ziętka, rodzinnych inspiracjach oraz kulisach powstawania serii komedii kryminalnych.

Skąd wziął się pomysł, aby po Włoszech i Grecji zabrać czytelników właśnie do Egiptu?
Stało się tak za sprawą czytelników. Zadałem im pytanie na Facebooku, gdzie chcieliby wysłać w kolejną podróż Pana Pisarza i Staszka Ziętka. Propozycji było bardzo dużo, ale ta egipska z piramidami, sfinksem i podróżą Nilem wydała nam się najatrakcyjniejsza. Miła odmiana po greckiej i włoskiej przygodzie, bardziej egzotyczna i tajemnicza. Piramidy, wielbłądy, mumie od razu wywołują przecież w czytelniku wiele skojarzeń. Nie mogłem też nie pomyśleć o klasyce kryminału i Śmierci na Nilu Agaty Christie.
Jak dużo czasu zajęły Panu przygotowania do napisania „Trupa na Nilu”? Ile pracy wymagało zgromadzenie historycznych i kulturowych ciekawostek dotyczących Egiptu?
To wszystko wydarzyło się w trakcie naszej rodzinnej podróży. Odwiedziliśmy miejsca, które stały się później scenografią komedii kryminalnej. W trakcie obserwowałem krajobrazy Egiptu, turystów i swoją rodzinę. Wszystkie miejsca, zdarzenia i rozmowy, które miały miejsce podczas podróży zapamiętywałem. Starałem się przesiąknąć klimatem tego kraju. Fabuła także powstała podczas rejsu Nilem. Po powrocie wystarczyło wszystko przelać na papier.

Staszek Ziętek stał się już niemal legendą i mam wrażenie, że z każdą kolejną częścią kradnie coraz więcej uwagi głównemu bohaterowi. Spodziewał się Pan, że czytelnicy aż tak go pokochają? I czy nie obawia się Pan, że pewnego dnia zażądają książki zatytułowanej po prostu „Ziętek”?
Nie ma mowy! Ziętek? Ten analfabeta na szczęście sam nie spisze swojej historii, a ja nie mam zamiaru poświęcać mu osobnej książki!
Poważniej, spodziewałem się, że Ziętek spodoba się czytelnikom. Chodząca katastrofa jest siłą napędową nie tylko licznych zabawnych sytuacji, ale i fabuły powieści. Na samym jednak Ziętku trudno byłoby zbudować atrakcyjną opowieść. Cała gama postaci i rożnych charakterów, które pojawiają się w komediach powoduje, że postać Ziętka może się rozwijać i przyciągać uwagę czytelników.
Czy ma Pan wrażenie, że czytelnicy bardziej czekają dziś na zagadkę kryminalną, czy raczej na kolejne przygody tej zwariowanej ekipy?
Myślę, że jedno i drugie ma znaczenie. Powieść mogłaby być zlepkiem gagów, zabawnych scen, do których czytelnik przechodziłby od jednej do drugiej, ale na dłuższą metę byłoby to chyba męczące. Także dla mnie. Bawi mnie wymyślanie i komplikowanie fabuły. Wyciskanie z każdej postaci maksimum, gdy postawiona jest w sytuacji ekstremalnej. Zagadka kryminalna musi być ciekawa, wciągać i powodować, że czytelnik chce poznać jej rozwiązanie.

W recenzjach często żartuję, że za część najlepszych dialogów i pomysłów odpowiada Pani Żona. Jak naprawdę wygląda proces tworzenia bohaterów i fabuły? Czy w domu odbywają się literackie burze mózgów?
Nie ma burzy mózgów. Wystarczy, że wyjadę z żoną i córką na jakąś wycieczkę i obie dają mi popalić. Po pierwszej części komedii kryminalnej zupełnie się nie hamują i dogryzają mi co chwila. Na szczęście mam grubą skórę i dystans do siebie. Wszystko znoszę dzielnie, bo dzięki nim mam materiał do kolejnych komedii.
Które porównanie jest Panu bliższe — do Golluma czy do Leonardo DiCaprio?
Jestem szalenie przystojnym mężczyzną, w sposób nienachalny, jak określiłaby to pani Maria Czubaszek. Dlatego oczywiście, że… Gollum. Zwłaszcza w środowisku wodnym podobieństwo jest uderzające.
Czy większym wyzwaniem dla Pani Żony są kolejne kryminalne afery Pana Pisarza, czy jednak jego coraz liczniejsze fanki?
Nie ma wyzwań, którym nie sprostałaby moja żona! (tak mam napisane na kartce, którą dostałem od niej już jakiś czas temu. Jest tam ponad sto cytatów do wykorzystania na przeróżne okazje).

Czy Czopki Ziętka mają szansę trafić na rynek w ramach działań promocyjnych serii?
Oczywiście. Już je dziergamy. Pierwsza partia wyszła nieco za duża, ale to dlatego, że Ziętek mierzył ja na swoją nietypowo dużą głowę. Myślę, że kolejna może być za mała, bo za wzór wziął głowę swojego syna, Henryka. To trochę potrwa, ale jestem dobrej myśli.
Po Grecji, Włoszech i Egipcie czytelnicy zaczynają analizować każdy trop. Czy zakończenie „Trupa na Nilu” faktycznie prowadzi nas do Czech, czy może celowo podrzucił Pan fałszywy trop?
Niech to pozostanie moją tajemnicą. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, to odpowiedź na to pytanie czytelnicy poznają jeszcze w tym roku, na święta.

Patrząc na całą serię, który żart, scena lub dialog najlepiej oddają jej charakter i dlaczego?
Może ta z wielbłądem i egzystencjonalnymi rozmowami Pana Pisarza i Staszka Ziętka? Bo… wydarzyła się naprawdę.
Jak jednym zdaniem przekonałby Pan czytelników, że warto wsiąść na pokład „Trupa na Nilu”? I proszę tym razem bez pomocy Wikipedii.
Bez Wikipedii jest trudno 🙂 Ale tam chyba i tak nie znalazłbym odpowiedzi na to pytanie. Ta komedia to poprawiacz humoru. Myślę, że raz na jakiś czas taka powieść przyda się każdemu.
Rozmawiała: Anna Joanna Brzezińska
Zdjęcia: Blanka Duszyńska