Teatr Współczesny to perełka ukryta w sercu Kazimierza, o której wiele osób nie wie. Pragnę przyczynić się do jego promowania, bo jeszcze mnie nie zawiódł swoimi przedstawieniami, a po każdym z nich zostawia pewne ciepło w sercu. Może być to związane nie tylko z tematyką sztuk, ale również z pewnym domowym, kameralnym klimatem, który w tym teatrze panuje.

Po poważnej i skłaniającej do refleksji „Fridzie” przyszedł czas na coś totalnie szalonego i „od czapy”. Projekt, który miał potencjał do tego, by wypaść wyśmienicie, ale mógł również z łatwością zostać położony – „Pojebajka”. Jest to farsa z wariacką fabułą, oparta w dużej mierze na slapsticku, czarnym humorze, ale i komizmie sytuacyjnym oraz komizmie postaci. Opowiada o grupie teatralnej „Maszkaron”, wystawiającej sztuki dla dzieci. Kilkoro ludzi, zmuszonych przez niełatwe realia pracy aktora do przedstawiania bajek, wystawia „Czerwonego Kapturka”. A może jednak „Sindbada Żeglarza”. Chyba że to miała być jednak „Śpiąca Królewna”? Bohaterowie chyba sami do końca nie wiedzą… A skoro oni nie wiedzą, to tym bardziej widzowie. Spotkamy tu więc między innymi egzaltowanego Wilka ze skłonnościami depresyjnymi, nakręconego Myśliwego z chętką na bromans i Kapturka ze wstrząsem mózgu. Wszyscy próbują uratować spektakl, który nieuchronnie zmierza do katastrofy. Na sztukę wybrałam się z dużą dozą ostrożności, bo – jak już wspomniałam – był to spektakl ze sporym potencjałem na cringe. Obronił się jednak i to na piątkę z plusem.
Przez to, że spektakl trwa jedynie około godziny, udaje się nie znudzić widzów intensywnym humorem – warstwa komiczna przez cały czas trzyma poziom. Śmiejemy się z niezdarnego Kapturka czy podnieconego Myśliwego, czerpiąc przyjemność z czystej, nieskomplikowanej komedii. Nie ma być głęboko, nie ma być górnolotnie – ma być śmiesznie, lekko i przyjemnie. I tak jest. Salwy śmiechu na widowni towarzyszą dużej części spektaklu. Muzycznie, kostiumowo i scenograficznie – wesoło i spójnie. Każdy z tych elementów dopełnia całości. Bardzo pozytywny okazał się również motyw zaangażowania kilku osób z publiczności – one także miały swoje zadania podczas spektaklu.
Gdzieś jednak w tej godzinnej karuzeli śmiechu przebija się motyw aktora niespełnionego – tego, który jeździ z różnym powodzeniem po setkach castingów, łapie się chałtur, błąka się po Polsce z obwoźnymi teatrzykami czy ląduje jako Święty Mikołaj na świątecznym kiermaszu. Daleko od marzeń o sławie, wielkich teatrach i filmach z międzynarodowymi nagrodami. Bo nie każdemu się przecież uda.
Scenarzysta i reżyser Jan Naturski, jako aktor z wykształcenia, z pewnością czerpał inspiracje z życia własnego i kolegów z branży, prześmiewczo pokazując aktorskie realia pracy. Dopomogli mu zapewne swoimi historiami koledzy po fachu. Największe oklaski należą się moim zdaniem Łukaszowi Dąbrowskiemu, który jako Myśliwy nie miał sobie równych i znakomicie odnalazł się w tej konwencji. Godny zauważenia był też Paweł Brandys, występujący w kilku rolach. Wszyscy zresztą aktorzy radzili sobie doskonale.
Spektakl nie przypadnie do gustu osobom, które niekoniecznie cenią komizm bazujący na wpadkach i slapsticku oraz oburza je czarny humor. Pozostałym z przyjemnością mogę polecić „Pojebajkę”. Rekomenduję ją szczególnie dorosłym bądź starszym nastoletnim widzom, którzy chcą się nieco pośmiać po długim dniu. To naprawdę przyjemne, inteligentne, energetyczne i barwne widowisko.
Więcej informacji i bilety: https://teatrkrakow.pl/spektakle/pojebajka/