Czy ktoś nie zna Andrzeja Poniedzielskiego? To ten pan z siwą, lokowaną czuprynką, który słynie ze scenicznej aktywności, stosowanej w zwolnionym tempie. Jak sam mówi: „I jest na przykład zasada zachowania energii. Ja ją stosuje w ten sposób, że stosuję zasadę zachowywania energii na później.”. Energię w wersji slow przekazuje publiczności powoli, lecz dosadnie, czasem lekko mrocznie, okraszoną muzyką i specyficznym humorem. Przyjrzyjmy się głębiej programowi Andrzeja Poniedzielskiego o tajemniczej nazwie „Dobry wieczór…?”, który mieliśmy okazję zobaczyć 13 września 2026 w Centrum Kongresowym ICE.

Ponieważ program artystyczny został nazwany „Dobry wieczór…?”, Andrzej Poniedzielski nie musi już mówić widzom dodatkowego „dobry wieczór” — jako że znajduje się ono w tytule. I od razu mniej roboty. Podobnie abstrakcyjny humor towarzyszy nam przez cały występ. A humor Poniedzielskiego jest specyficzny — mocno satyryczny, ale dość inkluzywny — dużo osób znajdzie coś dla siebie. Śmiejemy się więc wspólnie z życia codziennego (mamy nawiązania do wnuczek artysty, do życia zawodowego), z absurdów sytuacji na świecie, polityki (tu po prostu lepiej śmiać się i płakać) czy z różnic międzypłciowych (nie zapomnijmy: „Kobiety nie zmienisz. Możesz zmienić kobietę. Ale to i tak nic nie zmieni.”). Część żartów i anegdot mogła być już znana widzom zaznajomionym z twórczością Poniedzielskiego, ale nie powinno to niczemu przeszkadzać, jako że świeżego materiału było wystarczająco. Nieustanne anegdotki i żarciki związane z ujemnym poziomem energetycznym artysty nigdy się nie nudzą. Zrobił on z nich swoistą markę.
To on — człowiek stworzony w 30% z czilu i spokoju, w 30% z fantastycznego weltschmerzu i w 40% z dobrze skrojonego żartu. Nie zmienia się od lat, ale zawsze ma dużo do powiedzenia. Opowieści, anegdotki i żarty były przerywane utworami autorstwa artysty — jego największymi hitami („Elegancka piosenka o szczęściu”!) oraz fantastycznymi przeróbkami, czyli „tłumaczeniami” zagranicznych piosenek (mój faworyt: polska wersja „My Way” Franka Sinatry). Piosenki — co zapewne miało dodać występowi animuszu — były wykonywane nie tylko przez samego artystę, ale również przez młodą wokalistkę Sylwię Wysocką oraz towarzyszący im zespół. Na tle podobnych satyryczno-muzycznych programów — jak u Andrusa czy Mozila — proporcje są inne. U Andrusa będzie więcej śpiewania, u Mozila mniej więcej pół na pół (choć zależy od dnia), u Poniedzielskiego natomiast dominuje słowo. Te proporcje komponują się bardzo dobrze i nie mamy poczucia niedoboru muzyki.
Choć występ w Krakowskim Centrum ICE mamy już za sobą, Poniedzielski jest jeszcze w trakcie trasy i widzów czekają jesienno-zimowe występy w innych miastach w Polsce. Na wiosnę zaś artysta wróci zapewne w innych odsłonach i w innym towarzystwie (ja wciąż czekam na powtórkę z bajecznego połączenia Andrus–Poniedzielski).
Poniedzielski nie każdemu może wpasować się w poczucie humoru — ze względu na powolność, elementy czarnego humoru czy analogie polityczne — ale większość osób nie będzie czuła się zawiedziona. Ten łagodny, powolny, trochę sarkastyczny wieczór poetycko-muzyczny prawdopodobnie zostawi nas zrelaksowanych i trochę spokojniejszych wobec tego, co przyniesie kolejny tydzień.
Więcej informacji i kolejne terminy występów.
Spektakl obejrzany dzięki uprzejmości Adria Art.