Czy można odwiedzić Nową Zelandię, nie ruszając się z fotela? Można. Wystarczy sięgnąć po książkę Tomasza Duszyńskiego i pozwolić, by zabrała nas na drugi koniec świata.
Już od pierwszych stron emocji nie brakowało. Bo zanim można zachwycać się Nową Zelandią, trzeba jeszcze zaprzyjaźnić się z samochodem z wypożyczalni. Trzymałam więc kciuki za powodzenie tej misji, licząc, że dalsza część podróży będzie równie ciekawa, ale odrobinę mniej stresująca. 😉

„Nowa Zelandia. Śladem kiwi i hobbitów” to jednak coś więcej niż relacja z podróży. To książka, która łączy reportaż, przewodnik, zbiór ciekawostek i całkiem sporą dawkę humoru. Tomasz Duszyński nie prowadzi czytelnika od punktu A do punktu B jak przewodnik z parasolką w ręku. Raczej zaprasza do wspólnej wyprawy, podczas której obok zapierających dech krajobrazów czekają także anegdoty, niespodzianki i historie, których próżno szukać w turystycznych folderach. Całość została napisana lekko, swobodnie i bez nadmiaru podróżniczego patosu, dzięki czemu kolejne strony czyta się z prawdziwą przyjemnością.
I rzeczywiście było ciekawie. Każdy kolejny rozdział przynosił nowe miejsca, widoki i informacje, które potrafiły naprawdę zaskoczyć. Co chwilę miałam ochotę powiedzieć: „Naprawdę? Tego nie wiedziałam!” I właśnie za to najbardziej polubiłam tę książkę.
Zaciekawiła mnie choćby historia bakterii infekującej jaja kiwi, a opowieść o łubinie, który stał się jednym z nieoficjalnych symboli Nowej Zelandii, była dla mnie niemałym zaskoczeniem. Takich smaczków jest tutaj znacznie więcej i to właśnie one sprawiają, że książka staje się prawdziwą skarbnicą ciekawostek.
Choć nie należę do grona zagorzałych fanów hobbitów i „Władcy Pierścieni”, ani przez moment nie czułam się wykluczona z tej opowieści. Wręcz przeciwnie. W dzieciństwie z wypiekami na twarzy śledziłam przygody Tomka Wilmowskiego i marzyłam o dalekich podróżach. „Nowa Zelandia. Śladem kiwi i hobbitów” przypomniała mi tamte emocje i pokazała, że ciekawość świata z wiekiem wcale nie maleje.
Nie zabrakło również humoru. Szkoda, że nie znałam autora jeszcze za czasów, gdy był cebulowym królem pizzerii. 😉 Mam też nadzieję, że suchary bardziej suche niż elfickie lembasy skutecznie wybiły Panu Pisarzowi z głowy kolejne podróże bez Ziętka. A skoro już o tym mowa, mam twardy dowód na to, że nie wszystkie słowa wychodzą spod palców Pana Pisarza. Bywa, że klawiatura trafia również w ręce żony albo córki.
Przy okazji odkryłam także, że z Pana Pisarza jest całkiem niezły ornitolog. Choć w kaczki to on chyba jednak nie umie. 😉

Nie ukrywam też, że trochę zazdroszczę autorowi urodzin spędzonych na drugim końcu świata. Żałuję, że nie mogłam usłyszeć przemowy Bilba na własne uszy. Jestem przekonana, że Oscar byłby w pełni zasłużony.
Bardzo spodobało mi się również to, że autor nie każe czytelnikowi polegać wyłącznie na wyobraźni. Książka zawiera mnóstwo pięknych fotografii, które pozwalają jeszcze lepiej poczuć klimat odwiedzanych miejsc. A gdyby komuś było mało, znajdzie tu również kod QR prowadzący do filmów z podróży na YouTube. Dzięki temu można nie tylko czytać o Nowej Zelandii, ale wręcz zajrzeć tam na chwilę razem z Duszkami.
A jeśli spotkam Pana Pisarza na targach książki, to szczerze liczę na obecność pamiątkowych maskotek kiwi. Nie ukrywam, że marzy mi się taki pluszak.
Wiem również, kogo poproszę o zrobienie zdjęcia, gdy w końcu spotkam Mieczysława Gorzkę. Po nowozelandzkim kursie fotografii ekstremalnej Tomasz Duszyński powinien być przygotowany na każde wyzwanie. 😉
No worries! Nie trzeba być fanem hobbitów ani znać na pamięć historii Śródziemia, by świetnie bawić się podczas tej wyprawy. Wystarczy odrobina ciekawości świata. Jeśli więc macie ochotę odwiedzić Nową Zelandię bez wstawania z fotela, śmiało ruszajcie śladem kiwi i hobbitów. A ja wiem jedno: kolejnej książki Pana Pisarza na pewno nie odpuszczę, niezależnie od tego, na który koniec świata tym razem mnie zabierze.
Autor recenzji: Anna Joanna Brzezińska
Tytuł: Nowa Zelandia. Śladem kiwi i hobbitów
Autor: Tomasz Duszyński
Wydawnictwo: Wydawnictwo PB
Data premiery: 09.09.2026
Za egzemplarz dziękuję Tomaszowi Duszyńskiemu i Wydawnictwu PB
