Są takie historie, które nazwać można kultowymi, o których słyszał każdy. Jedną z nich jest właśnie „Frankenstein” autorstwa Mary Shelley.
„Frankenstein” to historia naukowca zafascynowanego tajemnicą życia. Po latach badań udaje mu się odkryć „boską iskrę stworzenia” i tchnąć życie w ciało złożone z połączonych fragmentów. Jednak na widok własnego dzieła ogarnia go przerażenie – porzuca więc istotę, którą sam powołał do istnienia.
Osamotnione stworzenie błąka się po świecie, próbując go zrozumieć i odnaleźć w nim swoje miejsce. Doświadcza jednak wyłącznie odrzucenia, lęku i braku akceptacji. To właśnie te przeżycia stopniowo rodzą w nim gniew i agresję. Odrzucony przez ludzi z powodu swojego wyglądu, zaczyna pragnąć zemsty i kieruje ją przeciwko swojemu twórcy, odbierając życie jego bliskim. Jednocześnie marzy o kimś, kto mógłby podzielić jego los – o towarzyszce, która uczyni jego egzystencję mniej samotną. Tak wygląda zarys książkowej fabuły i to widzimy na scenie.
Jak „Frankenstein” odnalazł się w teatrze pełnym tańca i akrobacji? Zaskakująco świeżo i wciągająco. Dialogi zostały ograniczone do minimum, a przez historię prowadzi nas narratorka ukryta za kulisami. Większość wydarzeń opowiedziana została za pomocą tańca. To właśnie on, wspierany światłem i muzyką, buduje napięcie i emocje. Spektakl silnie oddziałuje na zmysły, wciągając widza w swoją opowieść od pierwszych minut. Zachwycają choreografie oraz akrobacje wykonywane na podwieszeniach, wszystko to sprawia, że dużo się dzieje, a my nie nudzimy się ani przez chwilę.
Scenografia jest oszczędna, momentami wręcz surowa. Zamiast realistycznych dekoracji mamy symbole, światło i ciało aktora. To jednak wystarczy. Ogromną rolę odgrywa również muzyka, która podkreśla dziejące się wydarzenia. Ciekawym rozwiązaniem jest ruchomy stół, pełniący różne funkcje w zależności od sytuacji. Teatr Avatar wykorzystuje przestrzeń bardzo świadomie, każdy ruch, każdy gest ma znaczenie. Nie ma tu przypadkowości. Dzięki temu spektakl nie rozprasza, tylko koncentruje uwagę widza na emocjach i relacjach między postaciami. Aktorzy nie tyle mówią, ale przede wszystkim „opowiadają” historię ruchem. Ciało przejmuje narrację, i robi to bardzo sugestywnie. Wielkie ukłony dla aktorów za to, co robią na scenie.
To nie jest klasyczna opowieść o naukowcu i jego potworze. To raczej spektakl o granicach człowieczeństwa, odpowiedzialności za własne decyzje i o tym, jak łatwo odwrócić wzrok od tego, co niewygodne. Przedstawienie pokazuje proces przemiany – powolnego stawania się „bestią” przez istotę, która początkowo nią nie była. To historia o samotności, odrzuceniu i potrzebie akceptacji. Jej przesłanie pozostaje aktualne również dziś – w świecie, w którym łatwo kogoś wykluczyć, nazwać „innym” i tym samym zdjąć z siebie odpowiedzialność za jego los.
Przyznaję, że nieczęsto mam okazję obcować z teatrem tańca, byłam więc bardzo ciekawa, czy mi się spodoba. I nie zawiodłam się! Jeśli macie okazję – idźcie na ten spektakl! A ja mam nadzieję, że to nie był mój ostatni raz z Teatrem Avatar!
Autorka recenzji: Monika Matura
Tytuł: Frankenstein
Teatr: Teatr Avatar
Adaptacja i reżyseria:
Kamil J. Przyboś
Realizator dźwięku: Michał Pankowski
Choreografia: Ada Pankowska-Michalczyk
Kostiumy: Katarzyna Pawarska
Reżyseria świateł: Marcin Smiatek

